W demokracjach istnieje pewna niepisana umowa między państwem a obywatelem. Państwo ma chronić życie, wolność i bezpieczeństwo. Obywatel zgadza się oddać część swojej swobody w zamian za gwarancję, że aparat przymusu nie stanie się narzędziem inżynierii społecznej. Historia XX wieku pokazuje jednak, że właśnie w tym miejscu najczęściej rodziły się systemy, które z demokracją miały coraz mniej wspólnego.
W USA został ujawniony dokument wydobyty z zasobów CIA, który dowodzi, że Agencja interesował się… kobietami promującymi tradycyjne macierzyństwo. W zainteresowaniu agentów znalazły się osoby, które „wierzą, że ich wizja wyidealizowanej białej europejskiej tożsamości etnicznej jest zagrożona przez ludzi reprezentujących i wspierających multikulturalizm oraz globalizację”. Raport można zobaczyć tutaj: https://www.cia.gov/static/Intelligence-Assessment-100621.pdf W dużym skrócie raport można streścić w tezie: „Według oceny analityków CIA, kobiety są wykorzystywane jako wiarygodne ambasadorki ruchu. Poprzez media społecznościowe, podcasty, blogi i zamknięte grupy internetowe tworzą przekaz skierowany głównie do innych kobiet, przedstawiając „ekstremistyczną ideologię” jako sposób ochrony rodziny, dzieci oraz „tradycyjnych wartości”. Tego typu narracja ma łagodzić wizerunek „organizacji ekstremistycznych” i ułatwiać pozyskiwanie nowych zwolenniczek.”
Raport CIA warto przeczytać uważnie. Nie dlatego, że odkrywa coś rewolucyjnego. Raczej dlatego, że odsłania sposób myślenia współczesnych instytucji państw, przeżartych lewicową ideologią. Przedmiotem zainteresowania służb przestają być wyłącznie organizacje terrorystyczne czy sprawcy groźnych przestępstw. Coraz większą uwagę poświęca się mechanizmom kształtowania postaw społecznych, emocji, relacji rodzinnych i przekazu kulturowego. I na te działania „idą” duże pieniądze, również z kieszeni tych, przeciwko którym są wymierzone.
Służby nie ograniczają się już do pytania: „kto planuje zamach?”. Pytają raczej: „jak zmieniać postawy społeczne, aby określone poglądy nie mogły się rozwinąć?”. To zasadnicza różnica. Raport CIA mówi o potrzebie opracowywania skutecznych programów przeciwdziałania radykalizacji oraz budowania odpowiednich narracji. Sam w sobie nie jest dowodem na walkę z tradycyjną rodziną. Byłoby intelektualnie nieuczciwe wyciągać taki wniosek z dokumentu. Ale rodzi inne pytanie – być może znacznie ważniejsze:
Kto decyduje, jakie postawy społeczne należy wspierać, a jakie osłabiać? W tym miejscu warto przypomnieć słowa prof. Bogusława Wolniewicza: „Demokracja nie polega na tym, że większość ma zawsze rację. Demokracja polega na tym, że większość ma prawo się mylić.”
Jeszcze kilkadziesiąt lat temu odpowiedź wydawała się oczywista. Zadaniem służb było zbieranie informacji i neutralizowanie zagrożeń. Dzisiaj coraz częściej mówi się o kształtowaniu narracji, projektowaniu kampanii społecznych, wpływaniu na określone grupy obywateli i przeciwdziałaniu niepożądanym poglądom, zanim przerodzą się one w zagrożenie.
To już nie jest wyłącznie bezpieczeństwo.
To inżyniera społeczna prowadzona metodami właściwymi dla aparatu bezpieczeństwa.
Granica wydaje się cienka. Ale właśnie cienkie granice bywają najgroźniejsze.
Lewica przekonana o własnej moralnej wyższości wcześniej czy później dochodzi do wniosku, że nie wystarczy karać za czyny. Trzeba jeszcze kształtować przekonania. Trzeba wychowywać obywateli. Trzeba eliminować „szkodliwe narracje”. A skoro można wpływać na poglądy, to dlaczego nie wpływać na model rodziny, wychowania dzieci czy system wartości?
Nie twierdzę, że raport CIA zawiera taki plan. Nie zawiera. Ale pokazuje sposób myślenia ekipy prezydenta Bidena (ponoć katolik), w którym aparat bezpieczeństwa coraz śmielej wkracza na teren dotąd zarezerwowany dla społeczeństwa obywatelskiego, rodziny i kultury.
To właśnie powinno budzić nasz niepokój!
Historia uczy bowiem, że totalitaryzm nie zaczyna się od obozów ani cenzury. Prof. Wolniewicz wielokrotnie przestrzegał przed takim mechanizmem, mówiąc: „Cywilizacje nie giną od ciosów z zewnątrz. Giną od zgnilizny wewnętrznej.” Proces rozkładu zaczyna się od przekonania elit, że wiedzą lepiej od obywateli, jak powinno wyglądać dobre społeczeństwo. A skoro wiedzą lepiej, to mają również prawo wykorzystać instrumenty państwa, by społeczeństwo do tej wizji dostosować.
W Związku Radzieckim robiła to partia bolszewicka i NKWD. W III Rzeszy – NSDAP i gestapo. Dzisiaj narzędzia są subtelniejsze. Zamiast brutalnej propagandy mamy kampanie informacyjne. Zamiast cenzora – moderatora treści. Zamiast funkcjonariusza politycznego – eksperta od przeciwdziałania radykalizacji.
Mechanizm pozostaje jednak podobny. Władza coraz częściej przestaje ograniczać się do ochrony obywateli. Zaczyna projektować obywatela. Najbardziej niepokojące jest to, że proces ten odbywa się pod sztandarem demokracji. Każde kolejne rozszerzenie kompetencji państwa uzasadnia się bezpieczeństwem. Każdą nową ingerencję tłumaczy się ochroną społeczeństwa. Każdy sceptyk może zostać oskarżony o sprzyjanie ekstremizmowi.
To niezwykle wygodna logika.
Demokracja nie umiera w chwili, gdy pojawiają się czołgi na ulicach. Umiera wtedy, gdy obywatele uznają za normalne, że instytucje dysponujące tajnymi metodami działania zaczynają uczestniczyć w kształtowaniu poglądów społeczeństwa.
Rodzina zawsze była pierwszą i najważniejszą przestrzenią przekazywania wartości. Dlatego każde państwo o „ambicjach wychowawczych” wcześniej czy później interesuje się rodziną. Nie zawsze po to, by ją zniszczyć. Czasem po to, by ją przebudować. Czasem, by zmienić język, jakim opisuje się role społeczne, autorytet czy wychowanie. Im większa rola państwa w definiowaniu tych pojęć, tym mniejsza pozostaje przestrzeń dla spontanicznej wolności społeczeństwa, a tym samym dla rodziny.
Dlatego prawdziwe pytanie nie brzmi, czy służby powinny walczyć z ekstremizmem. Oczywiście, że powinny. Pytanie brzmi, gdzie kończy się walka z przestępczością, a zaczyna przebudowa społeczeństwa według wizji lewicowych elit?




