Są przedmioty, które mają ciężar większy od swojej wagi. Bursztynowy ryngraf, który 4 października zostanie poświęcony w gdańskiej Bazylice św. Brygidy, waży zapewne niewiele. A przecież zamknięto w nim coś, czego zważyć się nie da: doświadczenie ludzi, którzy wierzyli w Polskę wtedy, gdy wiara ta wymagała więcej niż kilka słów wypowiedzianych wśród najbliższych.
Ryngraf jest bożą tarczą.
Pierwotnie chronił pierś rycerza. Dzisiaj nie ma już czego chronić przed ciosem miecza. Są jednak wartości, które wymagają obrony również wtedy, gdy nie słychać szczęku oręża. Dlatego ten niewielki przedmiot może znaczyć więcej niż wskazywałyby jego rozmiary.
Wśród nazwisk związanych z polską drogą niepodległościową jest Romuald Szeremietiew, nasz czcigodny felietonista i były przełożony piszącego te słowa. Historia niepodległości nie ma jednego bohatera. Nigdy go nie miała. Romuald Szeremietiew jest interesujący z innego powodu. Nie wystarczało mu powiedzieć: chcę wolnej Polski.
Zadawał pytanie znacznie trudniejsze: jaka ma być ta Polska, kiedy już będzie wolna?
To pytanie odróżnia marzenie od odpowiedzialności. Marzyciel widzi upragniony brzeg. Polityk musi jeszcze pomyśleć, co zrobić, kiedy się na nim znajdzie. W czasach, gdy Polska pozostawała zależna od Imperium Zła, Szeremietiew i jego współpracownicy próbowali szukać odpowiedzi na to pytanie. Wówczas wydawała się to praca iście syzyfowa. W Polskiej Partii Niepodległościowej spotkały się różne tradycje polskiej myśli politycznej. Była pamięć Piłsudskiego. Była pamięć Dmowskiego. Było doświadczenie Konfederacji Polski Niepodległej. Było przede wszystkim przekonanie, że niepodległość nie jest pustym słowem. Ma oznaczać suwerenne państwo. Wolność obywatela. Odpowiedzialność. Prawo do własnej drogi. Kreowanie przyszłości w Warszawie, a nie w obcych stolicach, niezależnie na której szerokości geograficznej się one znajdują.
I właśnie tutaj zaczyna się historia ludzi takich jak Romuald Szeremietiew, Ryszard Anders, Mariusz Roman, Roman Jankowski, Andrzej Cybulski… Dla większości naszych czytelników są do nazwiska anonimowe, jak tysiące innych nazwisk, które nie znalazły miejsca na marmurowych tablicach ani w uroczystych przemówieniach. A przecież dzieje narodów nie składają się wyłącznie z czynów tych, których los wyniósł na piedestał. Tworzą je również ci, którzy przez dziesięciolecia pracowali w ciszy, zachowując wiedzę, doświadczenie i pamięć minionych pokoleń. Tak na marginesie jestem jakoś dziwnie spokojny o to, że widnieją na listach proskrypcyjnych każdej armii, która chciałaby opanować Rzeczpospolitą. Dziś już starsi panowie, a nadal groźni dla wrogów Polski…
Łatwo być patriotą wtedy, kiedy wszyscy biją brawo. Znacznie trudniej nim być, kiedy nie wiadomo, czy za dwadzieścia lat ktoś będzie jeszcze wiedział, po co człowiek to wszystko robił. Władza komunistyczna znała swoich przeciwników. Nadawała im kryptonimy. Zakładała sprawy operacyjne. Obserwowała. Raportowała. Aresztowała. Próbowała policzyć ludzi, którzy działali przeciwko systemowi. Ale pewnej rzeczy policzyć nie potrafiła. Wiary, że system nie będzie trwał wiecznie. Można zatrzymać człowieka i go osadzić w celi. Można zamknąć drukarnię. Można skonfiskować ulotki. Nie można jednak rozkazać człowiekowi, aby przestał wyobrażać sobie wolną Polskę. Dlatego najważniejszym słowem związanym z ryngrafem PPN nie jest „walka”. Jest nim wierność niepodległej i najjaśniejszej Rzeczpospolitej – Matce naszej.
Romuald Szeremietiew i Jego współpracownicy są w tej opowieści ważni także dlatego, że nie ograniczali się jedynie do obrony samej idei niepodległości. Próbowali wypełnić ją treścią. Myśleli o państwie. O gospodarce. O wolności obywatelskiej. O miejscu Polski między sąsiadami. O przyszłości narodów, które podobnie jak Polacy znalazły się w cieniu sowieckiego imperium.
Nie wszystko z tych koncepcji musi być dziś przyjmowane bez dyskusji. Ale człowiekowi, który w czasach zniewolenia próbował myśleć o przyszłym państwie, należy się coś więcej niż przypis w encyklopedii.
Jest w polskiej historii pewien paradoks.
Najbardziej potrzebujemy wolności wtedy, kiedy jej nie mamy.
A kiedy ją odzyskujemy, bardzo szybko zaczynamy traktować ją jak rzecz naturalną.
Flaga przestaje być symbolem walki.
Granica staje się czymś oczywistym.
Własne państwo — elementem krajobrazu.
Tymczasem nic z tego nie jest dane raz na zawsze.
Dlatego każde pokolenie musi na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie, czym jest niepodległość. Nie wystarczy odziedziczyć narodowych barw. Trzeba jeszcze rozumieć, dlaczego ktoś był gotów za nie zapłacić wysoką cenę.
Można patrzeć na bursztyn i widzieć tylko piękny kamień. Można też widzieć w nim czas, miliony lat zamknięte w jednej bryle. Świat, którego już nie ma, zachowany w czymś, co przetrwało. Tak właśnie działają symbole. Nie przywracają przeszłości ale potrafią sprawić, że staje się ona obecna dla kolejnych pokoleń.
Ryngraf z gdańskiej bazyliki będzie miał swoją własną historię. Będzie częścią Ołtarza Ojczyzny. Ale jego prawdziwy ciężar będą stanowić ludzie. Ci, którzy nie zgodzili się uznać, że historia Polski zakończyła się wraz z powojennym zniewoleniem. Ci, którzy działali wtedy, gdy rezultat ich wysiłku był niepewny i ci, którzy — jak Romuald Szeremietiew — próbowali myśleć nie tylko o odzyskaniu państwa, lecz także o jego przyszłym kształcie.
Dlatego 4 października warto spojrzeć na ten ryngraf nie jak na pamiątkę. Raczej jak na pytanie, które zmusza do odpowiedzi: Co zrobimy z wolnością, kiedy już ją mamy? Romuald Szeremietiew i Jego towarzysze zadawali je wtedy, gdy odpowiedź wydawała się bardzo odległa. Dzisiaj pytanie pozostaje wciąż aktualne.
I może właśnie dlatego niewielka tarcza z bursztynu ma sens.
Przypomina, że największe zagrożenie dla wolności zaczyna się czasem wtedy, gdy przestajemy ją uważać za zobowiązanie.
A ryngraf?
Ryngraf zostaje widocznym symbolem czasów minionych historii.
Jako znak, że ktoś kiedyś uwierzył wcześniej od innych.




