„Nie głosili (działacze Komitetu Obrony Demokracji – przyp. red.), że komuniści z zasady nie mają racji, ale że każdy człowiek ma prawo do racji swojej własnej” – pisze red. Jerzy Surdykowski na łamach Rzeczpospolitej. Szczęka mi opadła po pas. Może to jednak jakaś pomyłka…Doprawdy każdy ma prawo do „własnej racji” – nawet chłopcy z SA czy z NKWD?
Zdanie to brzmi – na pozór – pięknie. Jest takie wzruszająco ekumeniczne. Jest w nim coś z chrześcijańskiej pokory i coś z liberalnego przekonania, że człowiek nie powinien rościć sobie prawa do monopolu na prawdę, a w konsekwencji na „własną rację”. Tylko że historia XX wieku nauczyła nas, iż istnieją chwile, w których taka piękna formuła staje się niebezpiecznie nieprecyzyjna.
Bo człowiek może mieć oczywiście jakąś swoją rację. Jednak system polityczny nie ma prawa mieć swojej racji tylko dlatego, że posiada tajną policję, agenturę, więzienia, a na końcu armię, która w imię tejże strzelała do bezbronnych robotników zmierzających w grudniu do pracy. Wiem, bo pamiętam huk strzałów w Gdyni.
Trzeba więc zacząć od rzeczy elementarnej. Komunizm – szanowny panie redaktorze – nie był w Polsce poglądem jednym z wielu. Nie był partią opozycyjną, klubem dyskusyjnym ani nawet zwyczajnym autorytarnym rządem. Był częścią wielkiego doświadczenia politycznego rozpoczętego w Rosji w roku 1917, a jeszcze wcześniej na ulicach zrewoltowanego Paryża, gdzie tłuszcza wyciągała zwłoki z kryp, by wlec je po ulicach. I tutaj kończy się niewinna opowieść o „różnych racjach”.
Bolszewicy nie zdobyli władzy po to, aby urządzić światową konferencję poglądów. Zdobyli ją, aby przebudować społeczeństwo według doktryny, którą uznali za naukowo konieczną. Kto stał na drodze, tego należało usunąć. Początkowo słowem, potem więzieniem, deportacją, głodem a na końcu kulą w potylicę.
Nie był to wypadek przy pracy.
Brutalna przemoc była wpisana w polityczną logikę zbrodniczego systemu.
Terror nie pojawił się dopiero wtedy, kiedy jakiś szczególnie zły człowiek dostał zbyt wielką władzę. System od początku zakładał istnienie kategorii ludzi, których można i należy pozbawić podstawowych praw tylko dlatego, że należą do niewłaściwej klasy, warstwy, narodu czy kategorii politycznej.
Pomieszanie pojęć – które zdaje się pan redaktor twórczo uskuteczniać – prowadzi do osobliwych paradoksów naszej pamięci.
Dziś czasami mówimy o komunizmie tak, jakby był zbiorem normalnych poglądów politycznych. Tymczasem dla milionów ludzi był przede wszystkim tragicznym doświadczeniem, będącym fundamentem państwa totalitarnego.
W takim świecie powiedzenie: „każdy człowiek ma prawo do swojej racji” jest prawdziwe, lecz niewystarczające. Bo ofiara i oprawca rzeczywiście są ludźmi. Obaj. Ale z tego faktu nie wynika moralna równorzędność ich czynów. Tak samo jak fakt, że komunista może być człowiekiem uczciwym, odważnym i szlachetnym, gotowym do poświęceń dla swojej idei nie czyni komunizmu uczciwym, odważnym ani szlachetnym systemem. To samo dotyczy faszyzmu – kolejnej lewicowej hydrze.
To rozróżnienie powinno być oczywiste.
A jednak najwyraźniej trzeba je dziś przypominać.
Wielkie nieszczęście zaczyna się bowiem często od niewinnego zdania: „każdy ma swoją prawdę”.
Nie!
Każdy ma prawo szukać prawdy.
To coś zupełnie innego.
Człowiek może się mylić. Naród może się mylić. Partia może się mylić. Całe pokolenie może się mylić.
Ale jeśli partia uzna swoją pomyłkę za prawdę obowiązującą wszystkich i dostanie do dyspozycji policję polityczną, wtedy pomyłka przestaje być prywatną sprawą państwa.
Staje się ustrojem.
I właśnie to stało się w dziejach komunizmu.
Dlatego nie jestem pewien, czy warto z faktu, że ludzie KOR-u nie mówili: „komuniści z zasady nie mają racji”, czynić dziś moralny wzór. Jeżeli miałaby z tego wynikać zasada, że komunizm był po prostu jedną z równoprawnych „racją” – wtedy mamy prawo i musimy zaprotestować.
I protestuje bardzo głośno.
Protestują mogiły.
Protestują archiwa.
Protestują łagry.
Protestują rodziny deportowanych.
Protestują ludzie wyrzuceni z pracy i z uczelni.
Protestują ofiary Grudnia.
Protestują wreszcie ci, których KOR zaczął w 1976 roku bronić.
Historia nie jest jednakowo łaskawa dla wszystkich doktryn tylko dlatego, że wszystkie zostały kiedyś przez kogoś wyznawane. Nie każda idea jest niewinna dlatego, że ma swoich idealistów. To właśnie trzeba powiedzieć po pięćdziesięciu latach.
Wśród założycieli KOR-u widzimy także takie postaci jak Antoni Macierewicz czy Piotr Naimski. Obaj zdają się być genetycznymi antykomunistami (to oczywista pochwała ich postawy) i nie sądzę, by teza, że „komuniści mają prawo do swojej własnej racji” była im szczególnie bliska i nosili ją w sercu. Nie jest to zatem lekcja o tym, że każdy ma „swoją rację”. Lecz o tym, że każdy człowiek ma swoje prawa – także wtedy, gdy władza uważa, że z powodu jego poglądów można mu je odebrać. To różnica niewielka w słowach. I ogromna w czynach tworzących historię.
W listopadzie ukaże się na naszych łamach wspomnienie o Rafale Gan-Ganowiczu, polskim kondotierze, pisane znakomitym piórem Wojciecha S. Wilkowskiego. Przeczytamy tam słowa następujące: „Jego antykomunizm miał charakter osobisty. Nie chodziło wyłącznie o sprzeciw wobec określonego systemu gospodarczego czy modelu państwa. Gan-Ganowicz postrzegał komunizm jako system, który odbiera człowiekowi wolność, własność, pamięć, religię, narodową tożsamość i wreszcie prawo do samodzielnego myślenia. W „Kondotierach” napisał zdanie, które chyba najlepiej streszcza jego filozofię: „Czerwona zaraza zabija. Zabija ciało, gdy nie może zabić ducha.” To zdanie brzmi jak manifest. Nie jak fragment wspomnień. Dla Gan-Ganowicza komunizm był właśnie „zarazą” — czymś, co może niszczyć człowieka zarówno fizycznie, jak i duchowo. Najpierw zabiera wolność, potem pamięć, później język, a na końcu próbuje przekonać ofiarę, że nigdy żadnej wolności nie potrzebowała. W tym sensie jego największą obsesją nie była wojna. Była odmowa kapitulacji. Broń była tylko narzędziem”.
Komunizm zatem nie jest pełnoprawnym bytem politycznym. Jest zarazą, która nie ma prawa do „własnej racji” i jak chwast musi być wyrwana szybko i to z korzeniami.




