W ostatnich dniach (miejmy jednak nadzieję, że nie żyjemy w „dniach ostatnich”?) światową opinią wstrząsnęły informacje o ataku Iranu na Izrael i amerykańskie bazy rozmieszczone na obszarze kilkunastu krajów Bliskiego Wschodu. Krwawemu i fanatycznemu reżymowi z Teheranu nie dość było kilkudziesięciu tysięcy ofiar starć bezbronnych demonstrantów z siłami porządkowymi (co potwierdzają bezstronni obserwatorzy), i nie wystarczyły przygotowania do wyprodukowania już za kilka miesięcy własnej bomby atomowej (co zaświadczają już od trzydziestu lat izraelscy politycy i wojskowi). Teraz użył swoich sił do rozpętania regionalnej wojny. I to przeciw komu?…
Przeciw miłującemu pokój Izraelowi, którego armia słusznie szczyci się tytułem „Najbardziej Humanitarnej Armii Świata”, i potwierdza go każdego dnia swoimi działaniami w strefie Gazy. Tego poglądu nie może zachwiać nieistotny fakt zabicia 72 tysięcy Palestyńczyków przez siły izraelskie, gdyż jest to słuszna zemsta za śmierć 1200 Żydów zamordowanych przez terrorystów z Hamasu. A że nieproporcjonalna? Nie porównujmy członków „narodu wybranego” z innymi ludźmi. My mamy inne dusze i nasza śmierć nie ma wymiaru metafizycznego a tylko biologiczny.
Przeciw państwu, którego roszczenia terytorialne, obejmujące obszar „od wielkiej rzeki egipskiej do rzeki Eufrat”, co potwierdził ostatnio amerykański ambasador w w Jerozolimie, jeśli zostaną zrealizowane, będą tylko wypełnieniem obietnicy danej przez Stwórcę Wszechświata Abrahamowi. I nic tu nie ma do rzeczy oburzenie Egipcjan, Palestyńczyków, Libańczyków, Syryjczyków, Jordańczyków czy Irakijczyków, którzy najwyraźniej muszą być antysemitami, że nie rozumieją tak oczywistej kwestii.
Iran wystąpił także przeciw Stanom Zjednoczonym, które w ostatnich stu trzydziestu latach, począwszy od konfliktu z Hiszpanią o Kubę, zawsze z przemożną odrazą reagowały na wojnę i agresję, pozwalając się za każdym razem taktownie sprowokować. Które z przejęciem i poświęceniem, nie zważając na gorycz niezrozumienia, realizowały kosztowne misje pokojowe, ostatnio w Afganistanie, Iraku i Syrii. Gdzie wprawdzie nie wszystko poszło jak trzeba, ale intencje były słuszne. Których obecny prezydent Donald Trump, jakże zasadnie ubiegający się o pokojową nagrodę Nobla, nie jest wojennym podżegaczem, jak twierdzą nienawistnicy, ale istnym gołąbkiem pokoju, który tylko w ostatnim roku zakończył osiem wojen.
Wprawdzie jacyś malkontenci i „perskie onuce” będą twierdzić że to prewencyjne uderzenie Izraela i zabicie duchowego przywódcy Iranu, ajatollaha Chamenei, dokonane za wiedzą i z pomocą USA, wywołały odwet Teheranu. Ale my wiemy, że Izrael ma prawo do obrony zawsze, kiedy poczuje się zagrożony. A że, po wtrąceniu w chaos dotychczasowych wrogów z najbliższego sasiedztwa, zagrażał mu oddalony ponad tysiąc kilometrów Iran, po prostu musiał zareagować. Holokaust nie może się powtórzyć…
Jeśli akcja z Iranem wypali – co może być trudne nawet dla amerykańskiego sojusznika, którym wysługuje się Izrael, mający pewnie dzięki aktom Epsteina, jakiś szczególne wpływy w gabinecie owalnym – i uda się zdestabilizować również to państwo, kolejka potencjalnych wrogów jest długa. Myślę, że znajdą się na niej Turcja, Pakistan, może Egipt, albo Arabia Saudyjska, choć teraz są w dobrych relacjach z Izraelem, no i na koniec Indonezja. Nie szkodzi że leży 9 tysięcy kilometrów od państwa położonego w Palestynie. Mieszka w niej 240 milionów muzułmanów. To dobry powód by się jej obawiać. I jakoś rozwiązać ten problem.






