Gdy przechodziłem Covid, przez kilka nocy pojawiał się regularnie ten sam koszmarny sen. Leciałem głową w dół w czarną przepaść bez dna. Pamiętam, że spadaniu towarzyszył paraliżujący lęk i absolutna bezsilność, całkowita utrata wszelkich podpór. Wiedziałem, że koszmar ma związek z chorobą.
Ale najgorsze było to, że pomimo desperackiego pragnienia końca i roztrzaskania się wreszcie o dno, co dałoby ulgę, koniec nie następował. Lęk cały czas narastał, całkowicie odcinając od choćby wspomnień modlitw czy jakichkolwiek pobożnych praktyk.
Czy tak wygląda piekło – pytałem sam siebie – stan braku nadziei przez wieczność?
Za każdym razem ze snu budził mnie mój krzyk i potem, mimo zmęczenia, za wszelką cenę nie chciałem już zasnąć.
Pasterze, którzy jako pierwsi pojawiają się przy Nowonarodzonym, byli ówczesnymi ludźmi marginesu, wyrzutkami społeczeństwa Judei. Charakter ich pracy – z dala od ludzkich osad i stale wśród zwierząt – nie pozwalał na regularne praktyki religijne nakazane żydowskim prawem. Pasterze budzili pogardę pobożnych żydów i wrogość faryzeuszy. Byli dla nich przykładem grzesznego życia.
Jednak to oni, pasterze z okolic Betlejem, są pierwszymi, którzy pojawiają się w stajni przy Jezusie. Jako pierwsi rozpoznają w nocy znak światła i pierwsi oddają Mu pokłon.
Skąd ten przywilej i wyróżnienie?
Gdy po kilku dniach objawy choroby minęły a koszmary zniknęły i wrócił zwyczajny, spokojny sen – poczułem wielką ulgę. Znów mogłem się modlić. Wtedy wraz z wielką wdzięcznością dotarło do mnie coś bardzo ważnego.
To było jak życiowe odkrycie. W tym doświadczeniu upadania w nieskończoną pustkę, gdy nie byłem w stanie nic zrobić i pozbawiony byłem wszystkiego: nie tylko wszelkich podpór, pocieszeń czy zdolności do modlitwy, ale nawet choćby krzyku o ratunek – ta pustka pozbawiła mnie także iluzji na temat Boga. Oczyściła mnie z wszystkiego: także z moich wcześniejszych pustych gestów, fałszywych obrazów świętości i jałowych, pozornych, nieszczerych praktyk pobożności.
Ciężkie doświadczenie nieskończonej nocy, do którego już nigdy nie chciałbym wrócić – uświadomiło mi, czym jest wieczność i jak bardzo cierpi dusza tęskniąca za światłem.
Pasterze w Izraelu żyli w poczuciu odrzucenia. Dla żydów byli kimś gorszym. Odcięci od zwykłej, nakazanej prawem pobożności na pewno podejmowali własne modlitwy i praktyki, na ile pozwalały im obowiązki przy zwierzętach.
Ale może właśnie ich tęsknota za świętością była tym większa, że znali swoje ograniczenia. Może właśnie przez swoje poczucie niegodności i grzeszności, zanurzeni w mroku, to właśnie oni z taką wrażliwością mogli dostrzec znak i odpowiedzieć na niego, spiesząc na spotkanie z Bogiem.
W przeciwieństwie do tego, co myślą faryzeusze wszystkich epok – to grzesznicy (nie “grzeszący”) przebywają najbliżej świętości. Paradoksalnie grzesznik może mieć przewagę przed kimś “święcie przekonanym” o swojej słuszności i o własnej prawdzie.
Rozbity, upokorzony upadkami, bliski rozpaczy – może całym sobą, w akcie ostatniej desperacji, nie mając nic do stracenia, zwrócić się ku Bogu – światłu, Bogu-tajemnicy., Bogu – Miłości.
Bo tylko grzesznik wie i prawdziwie przeżywa to, że ocalić go może już nic innego, jak tylko czysta łaska Boża.
Thomas Merton, amerykański pustelnik i poeta, jeden z największych współczesnych autorytetów w dziedzinie duchowości, tak pisał o tym punkcie styku ciemności i światła i o iskrze nadziei na dnie bezsilności:
„Kiedy nadchodzi czas wejścia w ciemność, w której okazujemy się nadzy, bezradni i samotni; gdy odkrywamy iluzję naszej siły i pustkę naszej cnoty; gdy nie ma już nic, na czym można się oprzeć i nie ma niczego w naszej naturze co by nas wspierało, gdy nie ma żadnego drogowskazu ani najmniejszego punktu światła – wtedy okazuje się czym naprawdę jest nasza wiara.”




