O wielkim Orkiestrancie i jego wiekopomnym dziele powiedziano i napisano tysiące artykułów pochwalnych i krytycznych, sławiących jego pokazową dobroć bądź potępiających polityczne zaangażowanie. Dlatego w moim skromnym przyczynku nie będę wnikał w resortowe pochodzenie „Jurka”, prześwietlał jego nietransparentne biznesy, nie będę analizował politycznych uwikłań „pogromcy sepsy”, czy pytał o status „świętej krowy”, dzięki któremu autorów nienawistnych wpisów pod jego adresem organy państwa ścigają z zapamiętałością godną rosyjskich dywersantów.
Chcę tylko przywołać wspomnienie z heroiczno-romantycznych początków WOŚP i podzielić się z Czytelnikami przeżytym 34 lata temu dysonansem poznawczo-moralnym. Jerzy Owsiak był wtedy sympatycznym i wesołym kolesiem zdradzającym objawy ADHD, którego rozpierała energia. Pod koniec komuny założył Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników (kpiące nawiązanie do TPPR – Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej), wymyślił Letnią zadymę w środku zimy, pracował jako dziennikarz muzyczny najpierw w Rozgłośni Harcerskiej a później Programie Trzecim Polskiego Radia, wreszcie stał się szefem festiwalu w Jarocinie, który w latach 80-tych kanalizował punkowy, antykomunistyczny bunt młodego pokolenia. Pod jego kierownictwem, we wczesnych latach 90-tych, impreza została przechwycona i przekierowana w stronę sparodiowanego rozumienia maksymy św. Augustyna „Róbta, co chceta”. Słowa te były tytułem audycji telewizyjnej Owsiaka i stały się, wraz z symbolem pacyfy i hasłem Miłość Przyjaźń Muzyka (z koniecznie nieodzowną Tolerancją) znakiem rozpoznawczym jego różnych inicjatyw.
Jedną z aktywności Owsiaka był program pt. „BRUM” w radiowej Trójce, emitowany w piątki po 15. w porze najlepszej słuchalności. „Jurek” prezentował w nim nową, ciekawą polską muzykę z gatunku punka i nowej fali i wzbudzał spore zainteresowanie. WOŚP formalnie jeszcze nie istniał, ale na falach eteru Owsiak organizował zbiórki wśród słuchaczy na rzecz dzieci z wrodzonymi wadami serca. Pomysł chwycił i rozwinął się na tyle, że już w roku 1993 stał się instytucją. To właśnie słuchając jednej z tych audycji, chyba wiosną 1992 roku, przeżyłem wspomniany dysonans. Przez Polskę przetaczała się wówczas debata dotycząca procedowanej przez Sejm ustawy o ochronie życia dzieci nienarodzonych. Aborcja „na życzenie” była wówczas od prawie czterdziestu lat legalna. Warto tu przypomnieć, że jako pierwsi wprowadzili ją w 1942 r. w okupowanej Polsce Niemcy, chcąc w oczywisty sposób ograniczyć populację „podludzi”. W 1956 roku możliwość zabicia własnego nienarodzonego dziecka przywrócili komuniści.
Podczas programu, między jedną a drugą piosenką, ten bezpretensjonalny i sympatyczny koleś, szlachetny pomysłodawca kwesty na chore dzieci, mówi charakterystycznym zacinającym się głosem coś mniej więcej takiego: „A teraz przygotujcie kartki i długopisy. Za chwilę podam wam numery telefonów i adresy, gdzie będziecie mogli podpisać petycję przeciw zakazowi aborcji„. „Jurek” nie był wtedy guru młodzieży i świeckim świętym, jakim go potem wykreowano, ale jego głos był znaczący a opinia wpływowa dla dużej grupy młodych ludzi. Wypowiadając się jednoznacznie, jako muzyczny dziennikarz popularnego medium, w debacie o prawie do życia, naruszył standardy niezależności i bezstronności dziennikarskiej. Ale nie to uderzyło mnie najbardziej. Dysonansem było dla mnie to, że ten sam człowiek, który organizuje zbiórki i zakup sprzętu na leczenie małych dzieci, jednocześnie popiera zabijanie zdrowych, jeszcze mniejszych dzieci.
Odnotujmy jeszcze, że inicjatywa „komitetów skrobankowych” dała początek lewicowej Unii Pracy, która choć bez oficjalnie komunistycznego rodowodu, realizowała wspólnie z postkomunistami z SLD w kolejnych latach ich szkodliwą dla Polski agendę. Z kolei hasło „Róbta, co chceta” w popularnym rozumieniu stało się zachętą do hedonizmu i relatywizmu moralnego. Ostatnim etycznie kontrowersyjnym działaniem Owsiaka była podjęta w 2013 roku – na razie nieudana – próba wmontowania w gmach publicznej moralności okna Overtona z napisem EUTANAZJA.






