Czytam, a gazeta poważna (Rzeczpospolita): „Sąd Apelacyjny w Poznaniu uchylił wyrok dożywotniego więzienia dla Serhija T., oskarżonego o zabicie żony i dwóch córek w wielkopolskim Puszczykowie. Powodem były uchybienia proceduralne: w wydawaniu wyroku skazującego brał udział tzw. neosędzia”. Czytam raz jeszcze, uważnie od początku do końca, litera po literze, słowo po słowie… Nie rozumiem, nie wierzę, szczenna opadła mi do pasa. Próbuje od końca do początku – to samo. Gdzie ja żyję? Teraz proces musi zostać powtórzony, bo jeden paelosędzia podważył wyrok wydany przez innego neosędzie. No żesz k…(tu pada siarczyste słowo, którego nasza szanowna Korekta nie przepuści, żeby nie wiem co) to jest zabawa państwem za moje ciężko zarobione pieniądze.
Już nie wiem, czy to kronika sądowa, czy niskich lotów kabaret Neo-nówka? Bo oto państwo polskie, z orłem w godle i togą z żabotem, rozgrywa jakiś ping-pong o sprawiedliwość w formule: neosędzia kontra paelosędzia. Tylko że to nie jest żart, to nasza rzeczywistość pod rządami Tuska i Żurka! Ktoś zamordował żonę i dzieci, ktoś inny wydał wyrok, jeszcze ktoś inny uznał, że wyrok jest nieważny, bo ten pierwszy nie miał odpowiedniego rodzaju sędziowskiego chrztu. Nie dlatego, że źle rozpatrzył sprawę, że nie znał prawa, że nie przywołał jakiegoś kluczowego dowodu, że był stronniczy. Nie — po prostu był z niewłaściwego naboru, nie przeszedł odpowiedniej selekcji, nie miał błękitnej krwi!
Czytam więc i myślę: jak to brzmi w uszach zwykłego człowieka, który idzie do sądu po sprawiedliwość? Co on ma zrozumieć z tej skomplikowanej łamigłówki? Że jak trafi mu się sędzia z niewłaściwego żurnalu, to jego sprawa też może pójść do okrągłego segregatora? Że procedura jest ważniejsza niż trup? A może że w Polsce mamy dwa prawa – jedno dla szarych ludzi, drugie dla sędziów, tej „nadzwyczajnej kasty”, którzy rozgrywają własne wojny na paragrafy?
Nie bronię żadnej ze stron w tej „sędziowskiej wojnie domowej”. Jedni powołani przez KRS nową, drudzy przez KRS starą – wszyscy pobierają pensję z tego samego budżetu – POBIERAJĄ MOJE PIENIĄDZE! I każdy ma rację. Każdy ma legitymację, każdy broni „konstytucji”, „praworządności”, „autorytetu sądu”. Tyle, że między jednym a drugim zginęła idea, po co w ogóle są sądy? Bo chyba nie po to, żeby sprawdzać, kto kogo mianował, tylko żeby orzekać, co jest dobre, a co złe, kto winny, a kto niewinny, co jest prawe, a co jest bezprawiem.
Tymczasem my, podatnicy, sponsorujemy ten dom wariatów. Zapłacimy za powtórkę procesu, za obrońców, za biegłych, za papier, za prąd i za wszystkie wzniosłe przemowy o „niezależności”. A ofiary? Już dawno w grobie. Ich dramat nie podlega rewizji.
Gdzieś w tle słyszę echo starego powiedzenia, które przypisuje się cesarzowi Ferdynandowi I Habsburgow: „Fiat iustitia, pereat mundus” (Niechaj sprawiedliwość się stanie, choćby miał runąć świat). W polskim wydaniu brzmi to dziś inaczej: „Niechaj się procedura stanie, choćby miała runąć sprawiedliwość”.
I tak sobie myślę, że może to państwo, które nie potrafi odróżnić litery prawa od jego ducha, powinno najpierw samo stanąć przed sądem. Złożonym, oczywiście, z właściwie umocowanych sędziów – byle tylko nie z tych, co przypadkiem jeszcze wierzą, że w wymiarze sprawiedliwości chodzi o… sprawiedliwość.
A gdzie sprawiedliwość i zdrowy rozsądek, które powinny być w centrum? Nie ma! Tusk i Żurek podali nam przepis na bigos bez kapusty – formalnie wszystko gra, tylko smaku brak.




