Miało być inaczej. Miał być powrót do standardów. Słowo DEMOKRACJA odmieniano przez wszystkie przypadki. Miała być odbudowa instytucji, które przez lata przedstawiano jako ofiary i łup politycznej ingerencji kaczystów. Miało być wreszcie tak, jak obiecywano wyborcom „strony demokratyczniej”: koniec z logiką „im wolno, bo mają mandat i nie muszą zważać na reguły”. I właśnie dlatego sprawa kandydatury Macieja Berka do Trybunału Konstytucyjnego jest dla obozu Donalda Tuska tak kłopotliwa. Nie dlatego, że wyborca Koalicji Obywatelskiej nagle odkrył, iż polityka jest pełna kompromisów. To wie każdy. Problem polega na czymś znacznie prostszym: na bolesnym zderzeniu słów z czynami.
Bo przecież przez lata słyszeliśmy, że Trybunał został upolityczniony. Że PiS podporządkował sobie instytucje państwa. Że trzeba przywrócić niezależność i elementarne standardy. Że nie można obsadzać państwowych instytucji ludźmi według partyjnego klucza. A teraz twardy elektorat KO dostaje do przełknięcia własną żabę: „musimy być jak PiS, a nawet lepsi od kaczystów, tzn. gorsi, bo bierzemy gwałtem „niewiastę”, którą sami jakże wysoko wynieśliśmy na sztandary”.
I pojawia się zaklęcie: „Tusk bierze sprawę na klatę”, które to zaklęcie ma znieść odium moralnej odpowiedzialności z szeregowych sympatyków KO: Uff, Doni bierze do konfesjonału. To brzmi efektownie. Jest tylko jeden problem: od przyjęcia politycznej odpowiedzialności instytucje państwa nie stają się ani bardziej niezależne, ani mniej upolitycznione! Słuchajcie Julki i Brajany: „Biorę na klatę” jest deklaracją osobistą. Standardy państwa prawa powinny natomiast obowiązywać niezależnie od tego, kto aktualnie nosi władzę!
Tym bardziej że tym razem nie trzeba nawet sięgać po argumenty opozycji. Wystarczy posłuchać koalicjantów. Skoro ludzie współtworzący ten rząd mówią: nie tak miało być, to znaczy, że problem nie sprowadza się do propagandowej narracji PiS. Wewnątrz samej koalicji pojawia się pytanie, czy polityczna praktyka zaczyna właśnie pożerać deklarowane wcześniej zasady. I tu dochodzimy do sedna całej historii.
„Demokracja walcząca” miała być przecież narzędziem obrony demokratycznego państwa przed tymi, którzy — zdaniem jej zwolenników — je psuli. Tymczasem coraz częściej wygląda jak usprawiedliwienie dla przekraczania granic, których przekraczać miała właśnie poprzednia władza. To niebezpieczna ewolucja. Bo jeśli zasadą staje się: „nasze działania są usprawiedliwione, ponieważ walczymy o demokrację”, to bardzo szybko można dojść do miejsca, w którym demokracja przestaje być zbiorem reguł, a staje się nazwą dla politycznej racji stanu aktualnie rządzących.
Wtedy wszystko można uzasadnić wyższą koniecznością.
Tamci upolityczniali Trybunał? My go „naprawiamy”.
Tamci obchodzili standardy? My „przywracamy praworządność”.
Tamci robili źle? Owszem, ale my robimy to w słusznej sprawie.
I właśnie w tym miejscu zaczyna się największy problem Donalda Tuska. Nie z PiS-em. Nie nawet z prezydentem. Z własnym elektoratem.
Bo wyborcy KO nie głosowali przecież – jak sądzę – wyłącznie przeciwko Jarosławowi Kaczyńskiemu. Wielu z nich głosowało za obietnicą, że państwo będzie działało według innych reguł. Że skończy się wojna o instytucje. Że nie będzie już filozofii „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”. Jeżeli teraz mają słuchać, że kandydatura do TK jest czymś, co po prostu trzeba zaakceptować, bo sytuacja jest wyjątkowa, to warto zadać pytanie: jak długo może trwać wyjątkowość, zanim stanie się nową normalnością?
Twardy elektorat zapewne tę żabę przełknie. Z powodów doskonale znanych. Bo PiS. Bo Kaczyński. Bo „nie możemy dopuścić do powrotu tamtych”. Bo alternatywa jest jeszcze gorsza. I właśnie na tym polega polityczna wygoda każdej władzy: najbardziej lojalny elektorat można przekonać niemal do wszystkiego, jeśli odpowiednio mocno przypomni mu się, przed kim trzeba się bronić.
Tyle że demokracja nie powinna działać jak mecz piłkarski, w którym kibic wybacza swojej drużynie każdy faul, ponieważ przeciwnik wcześniej faulował jeszcze bardziej. Jeżeli standardy są standardami tylko wtedy, gdy obowiązują przeciwników, nie są standardami. Są pałką polityczną! Dlatego problemem nie jest wyłącznie to, kto ma wejść do Trybunału Konstytucyjnego. Problemem jest pamięć. Pamięć o tym, co obiecywano. I o tym, co zarzucano poprzednikom. Tusk może oczywiście „brać sprawę na klatę”. Ma do tego pełne polityczne prawo. Ale jego wyborcy mają równie pełne prawo zapytać, co właściwie znalazło się na tej klacie: odpowiedzialność za trudną decyzję czy kolejny ciężar zbudowany z niespełnionych obietnic?
Bo demokracja walcząca może mieć swoje uzasadnienie.
Ale demokracja walcząca, która zaczyna łamać własne standardy w imię walki o standardy, zaczyna przypominać bardzo osobliwą odmianę demokracji.
Taką, w której zasady obowiązują wszystkich.
Oczywiście — z wyjątkiem tych, którzy właśnie „biorą sprawę na klatę”.




