Gruchnęła muzyka – i ruszyli.
Para za parą. Noga za nogą. Serce obok serca.
12 kwietnia 2025 roku Na Krakowskim Przedmieściu 1165 par tańczyło poloneza – aby uczcić tysiąclecie pierwszej polskiej koronacji. Czy można lepiej wspominać – bawić się – budować wspólnotę – i manifestować przywiązanie do kultury i tradycji?
Chyba nie można. Wszak danse polonaise jest cały utkany z tego co nasze, polskie, narodowe.
A wszystko zaczęło się dawno, dawno temu. Tak dawno, że nawet nie wiadomo dokładnie kiedy. Może nawet wtedy, gdy człowiek zauważył, że chodzić można na wiele różnych sposobów. I że są pewne momenty, gdy chód jest inny i musi być szczególnie uroczysty. To przede wszystkim momenty kultu religijnego, czyli wszelkie procesje, a zaraz potem – chwile szczególnie ważne dla wspólnoty.
I czy była to wspólnota chłopska, czy szlachecka, czy magnacka, czy wreszcie dworska – taniec, który z uroczystego chodu wziął swój początek, zawojował i wiejskie polepy, i królewskie posadzki. Był nieodłączną częścią wesela i parady przed obliczem monarchy. I to właśnie królowie, a dokładnie władcy z cudzoziemskich dynastii – „wynieśli” tę rdzennie polską taneczną tradycję poza granice naszego kraju. Polonez stał się modny wszem i wobec, tu i ówdzie, w całej Europie. Zdominował lekcje tańca na pensjach, dworski ceremoniał i oficjalne bale. Ba, miał się całkiem dobrze wtedy – gdy Polska wcale już się dobrze nie miała…
Nasz wspólny, narodowy dom znikną z mapy Europy. Ale nie zniknęła Polska kultura. To ona – w jakimś sensie – przejęła obowiązki państwa, które nie istniało. Zapewniała ciągłość, trwałość i tożsamość. Mówiła swoim i obcym, że polskość jest atrakcyjna. Że jest silna. Że nie zginęła. Że odrodzi się – bo taka jest wola Narodu.
Polską kulturę nieśli na swoich ramionach wielcy twórcy – a wśród nich geniusz pióra i bożyszcze klawiatury. Adam Mickiewicz i Fryderyk Chopin.
Paryż, lata 30-te XIX wieku. Tęsknota emigranta z Nowogródka trawi serce. Mistrz pochyla się nad kartami i pisze, pisze, pisze. W głowie gra muzyka. To już XII Księga epopei. Zaręczyny Zosi i Tadeusza. Koncert Jankiela dobiegł końca. „Podkomorzy rusza I z lekka zarzuciwszy wyloty kontusza, I wąsa podkręcając, podał rękę Zosi, I skłoniwszy się grzecznie, w pierwszą parę prosi”. Polonez, który kończy dzieło życia Mickiewicza, jest czymś więcej niż tańcem. Jest nadzieją na pojednanie między zwaśnionymi, między stanami, między tym co było – a tym co nadchodzi. Jest obietnicą. Jest miłosnym spojrzeniem zakochanych – i wyznaniem złożonym Ojczyźnie po pierwszej, listopadowej klęsce. Jest rytmem, który prowadził i prowadzić będzie tamte pary, w Soplicowie, i wszystkie inne, w każdym miejscu i czasie.
A potem był wirtuoz z Żelazowej Woli. Który hen, daleko, na nieswojej ziemi, pod obcym, francuskim niebem, jak wtedy, latem 1842 roku w Nohant, kołysał swoje obolałe serce polonezami… I wiedział, że nie wróci, i tym czulej pieścił nuty, z których każda była o Polsce – i dla Polski.
Polonez przez lata, dziesięciolecia, opierał się skutecznie zawirowaniom dziejowym i pomimo zubożenia – w wielu dziedzinach – życia kulturalnego, jego pozycji nic nie grozi. „Zainstalowany” pewnie na studniówkach i maturalnych balach, wpisany szczęśliwie na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO, obecny na większych i bardziej kameralnych uroczystościach, rodzinnych i narodowych, będzie zachwycał i porywał do końca świata – i jeden dzień dłużej.
Czy to Ogiński, czy Kilar – muzyka poloneza każe stanąć godnie, z podniesioną głową, położyć kobiecie dłoń na dłoni mężczyzny i uczynić wspólnie pierwszy, długi krok, za nim dwa krótsze, każe zatracić się w figurach i przejściach. I pozwolić prowadzić się…nie, nie temu, który dowodzi tańcem. Ten tylko pilnuje, aby na parkiecie panował porządek. Tak naprawdę w polonezie prowadzą dźwięki – i czysta, prawdziwa Miłość. Miłość, której na imię Polska.






