Kongres PSL (właściwie powinno brzmieć: ZSL) dobiegł końca. Nowym/starym prezesem stronnictwa został Władysław Kosiniak-Kamysz ps. konspiracyjny „Tygrysek” (prawa autorskie żona Włodka). Jeżeli ktoś nie kojarzy „Tygryska”, to przybliżę postać – zazwyczaj w okolicach stóp Donalda Tuska, w roli miękkiego a wygodnego podnóżka.
Mała dygresja zanim się rozkręcę: każda partia idzie do władzy, by zrealizować swoje cele programowe – frukta są (jakby to ująć) „produktem ubocznym”, acz jakże miłym dla portfela. PSL jest jedyną polską formacją, która ten paradygmat odwróciła: Kasa, misiu kasa! Oczywiście cele też są ważne, o ile siedzą w nich przeciwnicy polityczni „ludowców”.
Piszę „ludowców” w cudzysłowie, bo jak już wielokrotnie pisaliśmy na naszym portalu, urobek wyborczy PSL na wsi jest zaiście „imponujący” – zaledwie 1 na 10 rolników głosuje na dziewczyny i chłopaków od „Tygryska”!!!
„Będziemy sobą, będziemy szukać przyjaciół, bo iść samodzielnie nie znaczy iść samotnie. Będziemy zapraszać na nasze listy tych, z którymi jesteśmy od lat” — zapowiedział lider PSL.
No, właśnie, w pierwszej kolejności należałoby rozszyfrować pojęcie „będziemy sobą”. Tylko kim właściwie jest owo mityczne „my”? Czy „my” to jeszcze partia polityczna, czy już tylko rodzinna spółdzielnia rolnicza od dojenia europejskich subwencji? Czy „my”, to ten skrzypiący taboret polityczny, który co kadencję przestawia się pod inną rządowy kominek, byle tylko ciepło biło od paleniska?
Bo jeśli „my” to PSL, to PSL od dawna cierpi na ciężką przypadłość: chroniczny brak osobowości. To taka organizacja, która na pytanie „kim jesteśmy?” odpowiada „z kim trzeba”!
A może „będziemy sobą” oznacza po prostu powrót do tradycji, tej najstarszej, najbardziej pielęgnowanej, wręcz świętej: wchodzimy tam, gdzie akurat drzwi są uchylone. I niech nikt nie mówi, że to oportunizm. Skądże. To przecież „elastyczność”, „polityczny instynkt”, a według aktywu PSL – „genialny pragmatyzm polegający na tym, by nigdy, przenigdy nie znaleźć się po stronie przegranych”.
Taki dar losu. Taka karma. I nic nie poradzisz!
No i te listy wyborcze. „Zapraszać tych, z którymi jesteśmy od lat” – mówi lider. Cóż za romantyzm! Cóż za wierność! Aż chciałoby się zapytać gdzie kończy się ta lista „od lat”, a zaczyna lista „od wczoraj, bo trzeba było kogoś dopchnąć, by wynik wyglądał jako tako”. To taka specyficzna polityczna archeologia: PSL co wybory odkopuje kolejnych znajomych, pół-znajomych i bardzo przypadkowych znajomych, przypisując im rolę „wieloletnich współpracowników i sympatyków”.
I to wszystko byłoby nawet zabawne, gdyby nie fakt, że ta polityczna pantomima powtarza się od dekad. PSL – partia wiejskiego elektoratu, który wieś widział ostatnio z okna pociągu InterCity, jadąc na kongres.
Ale tu wracamy do paradygmatu, tego wywróconego do góry nogami: kasa najpierw, ideały później – a jeśli nie ma miejsca na ideały, trudno, najwyżej się je dopisze w programie. PSL jest w tym mistrzem: tu się nie zdradza wyborców – tu się po prostu dostosowuje ofertę polityczną do klimatu. W końcu pogodę też trzeba przewidywać.
Kongres dobiegł końca. „Tygrysek” znowu na tronie, delegaci zachwyceni, sukces odtrąbiony. I tak oto PSL po raz kolejny wyszedł z kongresu silniejszy o deklaracje, które nie znaczą nic, i o optymizm, który potrwa mniej więcej do pierwszego sondażu. Potem znów zacznie się szukanie „przyjaciół”.
A jeśli ich nie będzie? Spokojnie. PSL nie pójdzie samotnie. Oni zawsze znajdą kogoś, kto akurat zgubił kręgosłup po drodze do władzy.
Bo w tej konkurencji PSL jest bezkonkurencyjny.
Aha, PSL chce budować metro w dziesięciu miastach, w sytuacji, kiedy brakuje pieniędzy na służbę zdrowia, a w budżecie państwa widnieje dziura na… 280 mld PLN!
Że też Kosiniak-Kamysz nie zechciał zakreślić projektu budowy stacji marsjańskiej, to jestem wielce zdziwiony… choć może to tylko kwestia czasu. W końcu, jeśli od dawna żyje się w politycznej rzeczywistości równoległej, to i marsjańska stacja nie brzmi już jak science fiction, tylko jak naturalny etap rozwoju programu wyborczego.
A PSL – jak widać – wciąż udowadnia, że im większa dziura w budżecie, tym śmielej można kopać…






