Bruksela dostała właśnie lekcję, której najbardziej nie lubi. Krótka. Demokratyczna. I bez unijnego załącznika. Islandczycy powiedzieli „nie” wznowieniu negocjacji z Unią Europejską. Żadnych fajerwerków. Żadnego palenia unijnych flag. Żadnego wypowiadania wojny kontynentowi. Po prostu kartka wyborcza, krzyżyk i komunikat: dziękujemy, ale własnym domem wolimy zarządzać sami. Jacyś nienormalni…
Dla prostego człowieka sprawa jest banalnie prosta. Dla brukselskiej filozofii politycznej — doszło do niebywałego skandal. Bo Bruksela ma pewien problem z magicznym słowem „nie”. „Tak” jest takie europejskie. „Nie” jest podejrzane i trzeba koniecznie je zbadać. Należy zatem powołać specjalną grupę ekspertów, która „wywącha” ślad Waszyngtonu lub (może i nawet) Moskwy! Powstanie zawiła analiza, może jakieś konsultacje społeczne, by później wyjaśnić Islandczykom, że właściwie powiedzieli „tak”, tylko jeszcze o tym nie wiedzą. I trzeba cisnąć na następne referendum, aż…do skutku.
Islandczycy najwyraźniej nie czekali na interpretację brukselskich elit. 52,8 proc. powiedziało: nie. I tu zaczyna się najciekawsza część historii. Bo aż 47,2 proc. chciało wznowienia rozmów. Skąd się wzięli potakiwacze? To nie są przecież żadni kosmici. To ludzie, którzy widzą jakieś zalety większej wspólnoty. Chcą bezpieczeństwa. Stabilności. Euro. Większego wpływu na decyzje dotyczące Europy.
Rozumiem. Naprawdę. Tylko że istnieje pewien drobny, ale jakże ważny szczegół. Islandia już jest w Europie. Jest częścią Europejskiego Obszaru Gospodarczego. Jest w Schengen. Handluje z Unią. Jej mieszkańcy korzystają ze swobody podróżowania. Czyli europejska kawiarnia jest dla nich otwarta. Islandczycy siedzą przy stoliku. Mogą zamawiać. Mogą płacić. Mogą rozmawiać. Po prostu nie chcą kupować całego lokalu. Właśnie to oznacza islandzkie „nie”.
I tutaj Bruksela zaczyna się denerwować. Bo jej ulubiony model wygląda inaczej. Najpierw jest współpraca. Potem harmonizacja. Potem koordynacja. Potem wspólne standardy. Potem wspólne mechanizmy. Potem wspólne zasady. A na końcu człowiek orientuje się, że właśnie spędził pół dnia na czytaniu regulacji dotyczącej czegoś, co jego dziadek robił bez konsultacji z żadną agencją wykonawczą. W Brukseli nazwą to integracją.
Islandzki rybak może nazwać to inaczej. Na przykład: „Dlaczego ktoś Brukseli mówi mi, co mam robić na moim morzu?” To pytanie ma dla Islandczyków szczególne znaczenie. Dorsz nie jest tam metaforą. Dorsz jest gospodarką. Dorsz jest historią. Dorsz jest częścią islandzkiej tożsamości i suwerenności. I teraz mieliby z uśmiechem przekazać część tej kontroli nad umiłowanym dorszem w zamian za miejsce przy unijnym stole?
Bo kiedy ktoś proponuje członkostwo w wielkiej politycznej konstrukcji, nie wystarczy powiedzieć: „będziecie mieli wpływ”. Trzeba jeszcze odpowiedzieć: Na co? Jak duży? I w końcu: Za jaką cenę? I kto będzie podejmował decyzje, kiedy interes Brukseli i interes Reykjaviku przestaną być identyczne? Aż ciśnie się na usta pytanie, czy w Warszawie, gdy przystępowaliśmy do UE, ktoś w ogóle zastanawiał się nad takimi prostymi, acz jakże ważnymi pytaniami? Poza UPR-em ze świecą szukać, ale to – przecież – oszołomy.
Islandia ma jeszcze jedną irytującą dla brukselskiej biurokracji cechę. Ma własną energię. Geotermia. Hydroenergetyka. Zasoby, które pozwalają temu krajowi patrzeć na europejskie energetyczne dyskusje z pewnym dystansem. Kiedy pół Europy zastanawia się, skąd wziąć tanią i stabilną energię, Islandczyk może spojrzeć pod nogi. Dosłownie. Tam jest ciepło. Nie trzeba do tego tworzyć piętnastej strategii klimatycznej i dwudziestego planu wdrożeniowego. Zresztą islandzka przyroda ma tę przewagę nad unijnymi dokumentami, że nie wymaga tłumaczenia na 24 języki. Na UE ETS2 mogą patrzeć z zaciekawieniem…
A rolnictwo? W Islandii natura nie zna pojęcia „średnia europejska”. Wieje. Zimno. Wulkan. Lód. Krótki sezon. I mimo wszystko ludzie hodują, uprawiają, produkują. Dlatego trudno się dziwić, że mogą mieć alergię na pomysł, iż ktoś z zewnątrz stworzy dla nich idealny model gospodarowania. Idealny model. To jedno z najpiękniejszych określeń brukselskiej biurokracji. Nigdy nie działa dokładnie tak, jak zaplanowano. I zawsze wymaga następnej regulacji.
Islandczycy mają jednak coś, czego żaden model nie posiada. Pamięć. Pamiętają, że państwo jest ich. Że morze jest ich. Że decyzje są ich. I że demokracja oznacza także możliwość odmowy. Dlatego wynik referendum nie jest islandzkim „nie dla Europy”. To jest islandzkie: „Europę lubimy. Brukselę będziemy obserwować zza okna.” I bardzo słusznie. Bo Europa nie potrzebuje państw, które bezmyślnie przytakują. Potrzebuje państw, które potrafią powiedzieć „tak”, kiedy to ma sens, i „nie”, kiedy rachunek okazuje się zbyt wysoki. Islandczycy właśnie to zrobili. Brawo!
Najbardziej groteskowe jest to, że Islandczycy mają właśnie z Niemiec otrzymać lekcję dojrzałej demokracji. Mały naród z północnego Atlantyku ma podobno nie brać odpowiedzialności za własną decyzję, bo od tego są politycy. Naród jest więc wystarczająco dojrzały, by płacić podatki, wybierać parlament i ponosić konsekwencje jego decyzji, ale gdy ma powiedzieć „tak” lub „nie” w sprawie własnej suwerenności, nagle potrzebuje politycznego opiekuna.
To osobliwa odmiana demokracji: obywatel jest suwerenem, dopóki głosuje zgodnie z oczekiwaniami establishmentu. Gdy mówi „nie”, zawsze można uznać, że demokrację „opacznie pojmuje”. Islandczycy mogą jednak nie potrzebować niemieckiej instrukcji obsługi demokracji. Mają własny parlament, własne państwo i — co najwyraźniej najbardziej niepokoi niektórych europejskich komentatorów — własny rozum.
Polityk – co warto przypomnieć niemieckim „nauczycielom” – nie jest właścicielem suwerenności narodu. Jest jej czasowym depozytariuszem. A jeśli naród mówi „nie”, obowiązkiem polityka nie jest poprawianie tej odpowiedzi, lecz jej przyjęcie do wiadomości i zaakceptowanie.
I na koniec uwaga (może) najważniejsza: czasami najbardziej europejską rzeczą, jaką można zrobić, jest przypomnieć Brukseli, że Europa nie jest własnością brukselskich elit. Wiem, że to prawda trudna do zaakceptowania, ale bez zrozumienia tego podstawowego aksjomatu – słabo to widzę.




