Siedzę, oglądam konferencję Premiera TUSKA i słyszę: bilion na energetykę. BILION ZŁOTYCH. Za chwilę kolejne setki miliardów na obronność. SAFE, Polski SAFE, miliardy tu, miliardy tam… No człowiek aż prostuje się w fotelu i myśli: „kurde, jesteśmy potęgą”. No mocarstwo! Gospodarka kwitnie, jesteśmy w G20, kraina mlekiem i miodem płynąca, aż chce się żyć, prawda?
A potem… wracam do rzeczywistości.
Bo w tym samym czasie, po cichu, bez kamer, bez konferencji zaczyna brakować na leczenie ludzi. Pamiętacie końcówkę roku? Brak pieniędzy na leczenie w tym na raka.
A teraz? Teraz mamy nowy hit sezonu. Czyli zamykanie poradni i diagnostyki. NFZ ogłosił: „Słuchajcie, my limitów nie wprowadzamy… ale jak zrobicie więcej badań niż wam pozwolimy, to zapłacimy wam za nie tylko 40%„. Rozumiecie to? To tak, jakby szef powiedział: „Możesz pracować nadgodziny, proszę bardzo, ale za każdą godzinę zapłacę ci tylko parę złotych, a przelew dostaniesz… może za rok”. No kurde, czy oni myślą, że szpitale to instytucje charytatywne? Że tomograf działa na uśmiech premiera, a lekarze żywią się słońcem?
I tak to wygląda: jednego dnia słyszymy o miliardach i sukcesach, a drugiego dowiadujemy się, że na diagnostykę, zabiegi i leczenie… no, trzeba będzie poczekać.
Najgorsze jest to, że nikt nie ma jaj, żeby wyjść i powiedzieć prosto w twarz: „Ludzie, jest słabo, nie mamy kasy, musimy zacisnąć pasa”. Zamiast tego mamy lukrowanie rzeczywistości i opowieści o bilionach, podczas gdy pacjenci onkologiczni modlą się, żeby ich zabieg w ogóle się odbył.
Powoli, bez krzyku, bez wielkich słów system się zwija. A razem z nim szanse zwykłych ludzi. Bo jak ktoś ma pieniądze, to sobie poradzi. A reszta? No cóż…
Powiedzcie mi, czy Wy też macie wrażenie, że żyjemy w jakimś Matrixie? Z jednej strony mocarstwowe ambicje, a z drugiej system, w którym za chwilę nawet za „dzień dobry” w szpitalu trzeba będzie dopłacić. Jak długo jeszcze będziemy udawać, że wszystko jest super?




