Wieczorem kładłem się spać radosny jak skowronek, a rano obudziłem się z nogą w głowie. A to wszystko za sprawą Sądu Okręgowego w Warszawie, który uchylił Europejski Nakaz Aresztowania wydany wobec posła Marcina Romanowskiego. Nie sama decyzja sądu zaskakuje, co jej uzasadnienie.
Otóż sędzia Dariusz Łubowski, ten sam, który w październiku br. nie zgodził się na ekstradycję ukraińskiego nurka do Niemiec, wypowiedział słowa, które powinny dać do myślenia tej części prokuratorów i policjantów, którzy potrafią jeszcze połączyć dwie kropki: „Te nikczemne i nielicujące z elementarnymi standardami państwa prawnego wypowiedzi polityków KO są szeroko znane także międzynarodowej opinii publicznej. (…) Są to argumenty anihilujące wiarygodność państwa polskiego, w tym polskiego sądownictwa (…) W świetle wyżej naprowadzonych okoliczności istnieją poważne obawy, że sytuację panującą w państwie polskim zakwalifikować można jako kryptodyktaturę„.
Grubo. Wcześniej Interpol odmówił ścigania posła Romanowskiego czerwoną notą… I nagle zrobiło się niezwykle ciekawie. Bo oto sędzia nie zakwestionował winy czy niewinności pana posła, lecz wiarygodność państwa, które go ściga! Państwa, w którym politycy najpierw wydają wyroki w mediach, a potem dziwią się, że zagraniczne instytucje wsłuchują się w to, co politycy KO publicznie mówią. Bo — uwaga, rewelacja sezonu — do siedziby Interpolu w Lyonie dochodzi sygnał internetu.
Minister Żurek już się odgraża, że sędzia Łubowski zostanie od sprawy wyłączony, a w jego miejsce – jak ma się rozumieć – zostanie „włączony” jakiś inny (lepsiejszy) sędzia, który w lot pojmie mądrość etapu i każe posła Romanowskiego w trymiga ściągnąć z Węgier – używając figury retorycznej a’la Żurek – choćby w bagażniku. W Polsce Tuska prawo karne spotyka kino sensacyjne klasy B. Dla bardziej wymagających wystarczą metafory, najlepiej z pogranicza thrillera i farsy.
Nie potrafię się na to gniewać bez uśmiechu. Posiadam bowiem poczucie humoru, a ono w Polsce jest niezbędnym elementem konstytucyjnego wyposażenia obywatela. Gdy sędzia mówi o „kryptodyktaturze”, władza diagnozuje to jako „problem kadrowy”. Gdy sąd wskazuje na brak standardów, minister widzi brak lojalności. A gdy prawo zaczyna przeszkadzać, tym gorzej dla prawa.
Najzabawniejsze jest jednak to, że nikt tu nie musi niczego wymyślać. Wszystko jest na nagraniach, w tweetach, w konferencjach prasowych. Państwo samo wystawia sobie świadectwo, a potem oburza się, że ktoś je przeczytał. I to ze zrozumieniem. Wieczorem znów położę się spać. Może nawet radosny. Ale rano, na wszelki wypadek, sprawdzę nie tylko wiadomości, lecz także czy przypadkiem nie obudziłem się już w jakimś innym ustroju.
W końcu granica między demokracją walczącą a „kryptodyktaturą” bywa dziś cienka jak kartka z akt sądowych — zwłaszcza gdy ktoś próbuje ją zgnieść w imię mądrości etapu. Niech żyje KO na czele z naszym umiłowanym przywódcą – tak na marginesie, gdyby nas ktoś kiedyś próbował przymknąć! I nachodzi mnie jednak jakaś smutna refleksja – a co z ks. Olszewskim i tymi dwoma paniami prowadzonymi w kajdankach zespolonych…?






