Są miasta, które zwiedza się wzrokiem. I są takie, które trzeba próbować odczytać. Stambuł należy do tych drugich. Tutaj historia nie leży spokojnie w muzealnych gablotach. Wystaje spod asfaltu, wyrasta z chodników, zagląda do okien współczesnych domów. Czasem trzeba tylko podnieść głowę. Innym razem spojrzeć pod nogi.
Nad ulicami wznosi się akwedukt Walensa. Kamienny, potężny, zbudowany w IV wieku, za panowania cesarza Walensa. Miał dostarczać wodę Konstantynopolowi, miastu, które rosło i potrzebowało jej coraz więcej. Dziś pod jego arkadami płynie ruch uliczny. Samochody, autobusy, ludzie spieszący do swoich spraw. Dawna infrastruktura imperium stała się częścią codzienności. Kamień pamięta cesarzy, ale nie przeszkadza mu współczesny hałas.
To niezwykły widok: budowla, która miała służyć mieszkańcom starożytnej stolicy, nadal służy miastu, choć już w inny sposób. W Stambule przeszłość nie odchodzi. Zmienia funkcję. Akwedukt pozostaje niemym świadkiem kolejnych państw, religii i języków, które próbowały urządzić tu świat na własną miarę.
Miasto leży na wzgórzach, a jego stare dzielnice przypominają warstwy ziemi odsłonięte przez archeologa. Schody prowadzą w dół, fasady kryją dawne poziomy ulic, wejścia do budynków znajdują się niżej niż współczesny chodnik. Można odnieść wrażenie, że pod dzisiejszym Stambułem istnieje drugi, pogrzebany pod własną historią. Nie jest to tylko wyobraźnia. Konstantynopol pozostawił po sobie rozległe cysterny, podziemne zbiorniki i konstrukcje, które przez stulecia gromadziły wodę, podtrzymując życie wielkiej metropolii.
Co jeszcze znajduje się pod ziemią? Ile murów, fundamentów, kaplic i domów czeka tam na odkrycie? W tym mieście nawet zwyczajna piwnica może być początkiem podróży w czasie.
Na powierzchni historia bywa mniej uroczysta. Fragment dawnej kolumny leży gdzieś przy murze. Kamień, który kiedyś należał do monumentalnej budowli, staje się elementem przypadkowego krajobrazu. To, co w innym miejscu trafiłoby za szybę muzealną, tutaj potrafi pozostawać niemal niezauważone. Przechodzą obok ludzie. Nad głowami suszy się pranie. W bramach przesiadują koty, nieodłączne od ulicznego życia miasta.
Stambuł nie zawsze pokazuje swoje skarby. Częściej każe ich szukać. I nie daje pewności, czy to, co znaleźliśmy, jest już wszystkim.
Największe zdumienie przychodzi jednak w świątyniach. Hagia Sophia, wzniesiona w latach 532–537 za panowania Justyniana, była jednym z najważniejszych osiągnięć architektury bizantyjskiej. Jej kopuła zdaje się unosić ponad prawami ciężaru. Przez niemal tysiąc lat pozostawała najważniejszą świątynią chrześcijańskiego Konstantynopola. Po zdobyciu miasta przez Osmanów w 1453 roku została przekształcona w meczet. W XX wieku stała się muzeum, a w 2020 roku ponownie meczetem.
Zmieniały się władze, obrzędy i symbole. Budowla trwała.
W środku spotykają się dwa porządki pamięci. Chrześcijańskie mozaiki, islamskie elementy wyposażenia, monumentalna przestrzeń stworzona dla cesarskiej stolicy. Nie da się tu opowiedzieć historii jednym zdaniem, podzielić jej na zwycięzców i pokonanych. Każda epoka coś dodała, coś przekształciła, coś pozostawiła. Czasami ocaliła. Czasami ukryła.
Podobny los spotkał dawny klasztor Pantokratora, którego kościoły funkcjonują dziś jako meczet Zeyrek. Także dawna świątynia Chrystusa Zbawiciela na Chorze, słynąca z bizantyjskich mozaik i fresków, została przekształcona w meczet. Te miejsca przypominają, że architektura jest trwalsza niż polityczne deklaracje, choć nigdy nie pozostaje od nich całkowicie wolna. UNESCO uznaje historyczne dzielnice Stambułu za wyjątkowe świadectwo spotkania cywilizacji bizantyjskiej i osmańskiej.
Warto więc uważać na łatwe osądy. Nie wystarczy powiedzieć, że jedni zbudowali, a drudzy przejęli. Historia świątyń jest historią kolejnych potrzeb, wierzeń i ambicji. Także Bizancjum wznosiło swoje budowle na starszych fundamentach, korzystało z wcześniejszych tradycji i materiałów. Każda cywilizacja dziedziczy świat, którego nie stworzyła od początku.
A jednak pozostaje pytanie o cenę tej ciągłości. Co dzieje się z mozaiką, kiedy przestaje być widziana? Co z pamięcią, kiedy zasłania ją nowa warstwa tynku? Czy wystarczy, że dzieło ocalało, jeśli przez pokolenia nie wolno go oglądać?
Idąc ulicami Stambułu, myślę, że to miasto jest wielką księgą, której nikt nie zamknął. Niektóre strony są złocone, inne zabrudzone, część wyrwano, a na marginesach ktoś dopisał własną opowieść. Muzułmańskie minarety wyrastają obok bizantyjskich murów. Nowe budynki przylegają do starych. Pod ulicami czekają cysterny, na wzgórzach stoją świątynie, a nad ruchem samochodów wciąż górują kamienne arkady rzymskiego akweduktu.
Miasto żyje, ponieważ nie potrafi uwolnić się od własnej przeszłości.
Może właśnie dlatego tak trudno stąd wyjechać. Człowiek ma wrażenie, że zobaczył jedynie wierzchnią warstwę. Że pod nią istnieje jeszcze jeden Konstantynopol, a pod nim kolejny. Że gdzieś, w ciemności pod fundamentami, historia nadal zbiera wodę i czeka.
Na co? Tego Stambuł nie zdradza.
galerię zdjęć można zobaczyć tutaj: https://www.facebook.com/photo/?fbid=29075053488798912&set=pcb.29075062168798044




