Stambuł nocą nie zasypia. Nie ma jednej godziny, o której miasto zamyka oczy. Ono tylko zmienia rytm. Gdy jedni wracają do domów, inni dopiero wychodzą na ulice. Wąskie uliczki wciąż są pełne ludzi, z otwartych lokali wychodzi gwar rozmów, gdzieś ktoś coś smaży, gdzieś indziej ktoś nawołuje przechodniów. Powietrze pachnie jedzeniem, morzem, dymem i rozgrzanym kamieniem.
Jest późno. Zbliża się północ, a ja od kilku godzin chodzę po mieście. Robię zdjęcia. Będzie ich pewnie milion. W Stambule aparat sam wyciąga się z kieszeni. Światło latarni pada na stare mury, neony odbijają się w szybach, sylwetki ludzi przesuwają się między sklepami. Miasto jest jak ogromna scena, na której nikt nie ogłosił końca przedstawienia.
Noc ma tutaj swoją temperaturę.
Nad Bosforem powietrze staje się chłodniejsze i wilgotniejsze. Czuć wodę, choć czasem jej nie widać. Z oddali dochodzi szum samochodów, klaksony, głosy ludzi. Nad dachami świecą minarety, a światła mostów rozcinają ciemność. Gdzieś przepływa prom. Przez chwilę jest tylko ciemną plamą z kilkoma żółtymi oknami, po czym znika za zakrętem.
W pewnym momencie postanawiam przejść przez most. Z Europy do Azji.
Brzmi to trochę absurdalnie: zwyczajny nocny spacer, a jednak świadomość, że pod stopami płynie Bosfor, a po drugiej stronie zaczyna się inny kontynent, nadaje temu marszowi szczególny sens. Nie wiem jeszcze, czy o tej porze rzeczywiście da się przejść całą trasę. Nie sprawdziłem. Mam plan, ale nie mam pewności. Czasami właśnie to jest w podróży najciekawsze. Bezplan.
Na ulicach bardzo często słyszę język rosyjski. Jest go zaskakująco dużo. Rosjanie spacerują, rozmawiają, robią zakupy, wchodzą do restauracji. Ich język przebija się przez uliczny gwar. W pewnej chwili mam wrażenie, że rosyjski jest jednym z głównych języków nocnego Stambułu. Polaków spotykam tylko raz.
Miasto jest pilnowane. Dużo policji. Przy chrześcijańskich kościołach widać zabezpieczenia, niektóre wejścia są niemal zabarykadowane. Obok tego wszystkiego pojawiają się palestyńskie flagi. W jednym z miejsc budynek jest oświetlony ich barwami. Ludzie przechodzą, zatrzymują się, wiwatują.
A Stambuł patrzy na to wszystko spokojnie.

Jakby widział już niejedną epokę.
Bo to przecież Konstantynopol. Bizancjum. Miasto, które przez stulecia należało do największych i najważniejszych na świecie. Cesarze przychodzili i odchodzili. Zmieniały się religie, języki i granice. Miasto trwało.
Dzisiaj znowu rośnie.
Widać to nocą szczególnie dobrze. Stare dzielnice sąsiadują z nowymi. Zabytkowe mury z betonem i szkłem. Małe warsztaty z luksusowymi sklepami. Złoto błyszczy w witrynach, a kilka ulic dalej rzemieślnik siedzi w ciasnym pomieszczeniu i robi buty, dywany, drobne przedmioty, które potem trafią na wystawę.
Handel jest wszędzie.
Towar leży na chodnikach, stołach i w witrynach. Sklep przy sklepie. Czasami kilka lokali sprzedaje niemal dokładnie to samo. Zastanawiam się, kto to wszystko kupuje. A jednak sklepy działają. Ludzie wchodzą, wychodzą, targują się, płacą.
Są rzeczy prawdziwe i takie, które tylko chcą wyglądać na prawdziwe.
Turcja od dawna umie sprzedawać marzenia.

W bogatszych sklepach szkło wystaw sklepowych aż ugina się od złota. W innych królują rzeczy, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak produkty wielkich światowych marek. Rosjanie kupują, oglądają, rozmawiają. Bawią się. Ich głosy są najbardziej słyszalne.
Noc gęstnieje.
Im bliżej Bosforu, tym bardziej miasto zaczyna przypominać wielki organizm. Światła są jego krwiobiegiem, samochody płyną ulicami jak krew, a ludzie przemieszczają się bez przerwy. Nikt nie wydaje się szczególnie zdziwiony tym, że jest już prawie północ.
Stambuł nie pyta, która jest godzina.
Most już widzę.

Jego światła odbijają się w czarnej wodzie. Po jednej stronie Europa, po drugiej Azja. Pomiędzy nimi cieśnina, przez którą od tysięcy lat przepływały statki, armie, towary, religie i idee.
Teraz przejdę tamtędy pieszo.
Noc jeszcze przede mną.
Bosfor jest ciemny. Miasto świeci.

A ja idę.
I robię kolejne zdjęcie.
(relacja specjalna dla M24 ze Stambułu)




