Pan premier mówi, aby nie ulegać (a zatem i nie powielać) ruskiej propagandy. Słuszną linie przyjął nasz ukochany premier. Skoro jesteśmy państwem przyfrontowym, to każdy z nas musi być czujny jak pies podwójny. Na zakończenie jednego ze swoich arcyciekawych wpisów premier Tusk skreślił oto takie słowa: „Łapy precz od żołnierzy!” (chyba panu premierowi chodziło o polskich żołnierzy?). Było to zaraz po tym jak rosyjski dron (o pardon) nasza rakieta – z wyjątkową precyzją – pierdyknęła w polską stodołę. Dobrze, że w środku nie było żywego inwentarza, bo już by nasi ekolodzy roznieśli armię na strzępy.
Teraz już sam nie wiem: trzymamy się wersji, że to dron (ze sklejki i styropianu) rozniósł solidną wiejską konstrukcję, czy to jednak nasza rakieta za 10 mln PLN? Przy czym jaka ona tam „nasza”, skoro zakupiona za oceanem? Na marginesie: nic tak nie krzepi mojego ducha, jak świadomość, że wspieramy obce gospodarki. Wróćmy jednak do „naszej” rakiety. Marcin Bosacki, wiceminister spraw zagranicznych, w te pędy poleciał w ONZ-ty i tam całemu światu pokazał…stodołę okrutnie zniszczoną w wyniku ruskiego ataku! Teraz już wiemy, że minister Bosacki opowiadał bajkę z mchu i paproci, ale musiał opowiadać ciekawie, bo audytorium słuchało z otwartymi ustami (było widać, że nas rozumieją i współczują). Jedynie przedstawiciel Rosji przecząco kiwał głową, a jego usta delikatnie ułożyły się w kształt banana – jakby się uśmiechał…Kanalia jedna, musiał już widzieć!
Oczyma wyobraźni widzę jak rosyjscy dyplomaci wymieniają teraz w portfelach zdjęcia żon na zdjęcie polskiej stodoły. Na każde nasze twierdzenie, że zostaliśmy zaatakowani ze wschodu przez jakiś obiekt lub grupę obiektów – będą wyciągać to feralne zdjęcie i grzecznie pytać: czy aby przypadkiem nie mówimy o tym samym miejscu? Ja bym na ich miejscu tak zrobił. Podpowiadam (zupełnie za free) naszemu ministerstwu spraw zagranicznych, aby się przygotowało na taki scenariusz. Chociaż – jak mawiał Stefan „Siara” Siarzewski w „Kilerze” – „sama się przywiązałaś, sama się rozwiąż”.
Jednak najbardziej bulwersujące – przynajmniej dla mnie – jest to, że ktoś tu (mówiąc kolokwialnie) „dał ciała”, a teraz zasłania się żołnierzami. Mowa o naszym umiłowanym premierze, który jeszcze nie tak dawno o imigrantach atakujących polskich żołnierzy na granicy z Białorusią mówił, że „to biedni ludzie poszukujący swojego miejsca na ziemi”. A cały legion jego akolitów robił wszystko, aby zdestabilizować sytuację za plecami naszych żołnierzy (mowa tutaj o całym przemyśle pogardy wobec żołnierzy i pograniczników, który ujawniał się w licznych wypowiedziach, mediach, że tylko wspomnę o paszkwilu Agnieszki Holland „Granica”).
Najtrafniej całą sytuację skomentował Sławomir Mentzen: „Nikt nie ma pretensji do żołnierzy, nie ich wina, że rakieta zawiodła. Pretensje mamy do waszego rzędu, który dezinformował w tej sprawie i kompromitował. Polskę w ONZ. Chowanie się przez premiera za żołnierzami jest tu bardzo słabe”.
Od słabego rządu nie możemy wiele się spodziewać, bo to trochę jak zamawiać pizzę u kucharza, który nie odróżnia piekarnika od pralki. Niepotrzebnie wymagamy od Donalda Tuska jakiś cudów, bo to jak wierzyć, że kura zniesie złote jajo. Owszem, kura coś zniesie… tylko raczej będzie to trzeba szybko sprzątnąć.




