Sytuacja w PiS komplikuje się i wiele przesłanek wskazuje, że Mateusz Morawiecki z grupą rebeliantów zostanie z partii usunięty. Komentatorzy wskazują na ambicjonalny podtekst tej decyzji (powołania stowarzyszenia), bo to nie Morawiecki a Czernek został wyznaczony, by stanąć za politycznym pługiem. Niezależnie od intencji jakie przyświecały byłemu premierowi, w obozie liberalno-lewicowym strzeliły korki od szampanów. Na kilkanaście miesięcy przed wyborami, w największej partii opozycyjnej doszło do dramatycznego rozłamu, która grozi żywotnym funkcjom formacji. Formacji, która wbrew prawu pozbawiona jest subwencji, cały czas atakowana jest przez media głównego nurtu, otwierane są wciąż nowe postępowania prokuratorskie (a wyroków brak), to teraz grupa spiskowców opaliła plan „Idy Kwietniowe”, bo droga do sukcesu wiedzie poprzez polityczne zabójstwo Jarosława Kaczyńskiego.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że historia – ta nauczycielka surowa i cierpliwa zarazem – po raz kolejny wystawia polskim elitom rachunek z nieprzerobionych lekcji. Bo przecież nie pierwszy to raz, gdy w chwili wymagającej ciężki rozważnej pracy – zwycięża temperament, ambicja i owo szczególne przekonanie, że oto „teraz albo nigdy”, nawet jeśli rachuba ta bywa bardziej emocjonalna niż rozumna. Już starożytni ostrzegali przed podobnymi złudzeniami. „Najgroźniejszym wrogiem jest ten, którego sami tworzymy” – pisał Tukidydes, opisując rozkład ateńskiej potęgi nie przez najazd barbarzyńców, lecz przez wewnętrzne spory. A przecież i nasza własna przeszłość dostarcza przykładów aż nadto wymownych. W epoce rozbicia dzielnicowego książęta, zajęci sporami o pierwszeństwo, nie dostrzegli chwili, w której państwo przestaje być wspólnotą, a staje się łupem.
W polityce bowiem – jak uczy doświadczenie wieków – nie wystarcza mieć rację. Trzeba jeszcze umieć ją obronić w sposób, który nie niszczy fundamentów, na których się stoi. „Zgoda buduje, niezgoda rujnuje” – to przysłowie, tak często przywoływane w szkolnych czytankach, kryje w sobie więcej realizmu niż niejeden traktat polityczny. Partia polityczna nie jest urządzeniem, które można bezkarnie rozbierać na części, licząc, że złoży się je na nowo w dogodniejszej chwili. W tym sensie każda wewnętrzna rewolta niesie ze sobą ryzyko, którego nie da się obliczyć ani zamknąć w politycznych kalkulacjach. Historia nie zna bowiem przykładów „kontrolowanych rozłamów”, które nie wymknęłyby się spod kontroli swych inicjatorów. Jak pisał Niccolò Machiavelli, „ludzie chętnie podejmują zmiany, nie przewidując, że nowe trudności będą większe od dawnych”. Pytanie tylko czy mamy do czynienia z „kontrolowanym rozłamem”. Nie sądzę. PiS nic nie zyskuje, a traci.
Utworzenie nowego środowiska politycznego nie jest żadnym otwarciem na przyszłe sojusze, gdyż PiS wielokrotnie sygnalizowało, że jest gotowe na związanie koalicji, a to z PSL, a to z Konfederacją panów Bosaka i Mentzena. Jeżeli taki argument zostanie użyty, to jest on z gruntu fałszywy. Jeżeli więc dziś słyszymy o konieczności budowania nowych bytów politycznych w imię przyszłych aliansów, warto zachować pewną powściągliwość w ocenie tych intencji. Polityka bowiem, wbrew temu co się czasem głosi, nie polega na nieustannym mnożeniu bytów, lecz na zdolności do zawierania porozumień tam, gdzie jest to możliwe i potrzebne. Rozbijanie istniejących struktur w nadziei, że ułatwi to przyszłą współpracę, przypomina raczej praktykę znaną z czasów saskich, gdy to – jak pisał Michał Bobrzyński – „więcej było konfederacji niż zgody, a każda z nich miała naprawiać Rzeczpospolitą, zaczynając od jej dalszego rozrywania”.
Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w takich działaniach powraca dawny polski grzech: przekonanie, iż siła rodzi się z podziału, a nie z jedności. Tymczasem doświadczenie historyczne wskazuje coś dokładnie przeciwnego. Tam, gdzie dominowała zdolność do kompromisu, tam formacja polityczna zyskiwała na trwałości; tam zaś, gdzie zwyciężała pokusa odrębności, kończyło się to osłabieniem wszystkich uczestników sporu. I w tym sensie nie zmienia się nic – ani język, ani dekoracje, ani nawet aktorzy, którzy, choć inni z nazwiska, odgrywają role dobrze znane z kart naszych dziejów.
Pozostaje więc pytanie, czy uczestnicy dzisiejszych sporów pamiętają o tej prostej prawdzie: że polityka, choć bywa teatrem ambicji, jest przede wszystkim sztuką odpowiedzialności. Odpowiedzialności nie tylko za własne kariery, lecz za trwałość struktur, które – raz naruszone – nie zawsze dają się odbudować. Prezes Kaczyński stoi dzisiaj zatem przed trudnym (ale jedynym możliwym) wyborem – musi Brutusa usunąć. I Brutus też o tym wie. Polityczne napięcie, które rozgrywa się na naszych oczach, nie ma w sobie nic wyjątkowego. Jest raczej kolejną odsłoną starego jak polityka konfliktu między jednością a ambicją. Konfliktu, w którym – jak pokazują dzieje – zwycięstwo bywa tylko pozorne, a rachunek końcowy przychodzi później… A za ten przyjdzie zapłacić w przyszłorocznych wyborach.






