Po raz kolejny Polski nie ma przy stole rozmów dotyczących pokoju na Ukrainie. Opozycja krzyczy: dyplomatołki, dyplomatołki, a ja tymczasem zakładam, że to jest jakiś chytry (w domyśle: głęboko przemyślany) wielopoziomowy plan. Jeżeli weźmiemy na poważnie słowa naszego umiłowanego premiera, który z mównicy Sejmowej zechciał powiedzieć, że nikt go w Unii Europejskiej nie ogra, to rysuje nam się – jakże sprytny – pomysł wymiksowania Polski z kosztów utrzymania państwa upadłego, jakim pod każdym względem – i bez wątpienia – jest Ukraina.
To, że Ukraina jest państwem upadłym – rozpisywać się nie będę, to szkoda papieru, na to co widoczne jest gołym okiem, a i polityczny ślepiec – jeżeli tylko chce – może przeczytać sobie Braille’m. Daleko po zakończeniu działań wojennych będą potrzebne potężne finansowe kroplówki, by podtrzymać przy życiu Kijów. Moskwa również nie będzie bezczynnie przypatrywała się rozwojowi sytuacji i tam, gdzie tylko się da – będzie kopała „wilcze doły”. Ukraina, to studnia bez dna! Jeżeli ja to widzę, to tandem Tusk/Sikorski muszą to też widzieć! Prawda, że panowie to widzicie?! Jeżeli widzicie, to podrapcie się prawą ręką za lewym uchem. I dlatego nasi przewódcy postanowili nie brać udziału w zlocie obecnych – i co ważniejsze – przyszłych donatorów. Ktoś przytomny na umyśle zawoła: hola, hola, ale przecież (nie dawno, jak kilka dni temu) wicepremier Sikorski zadeklarował, że MSZ wpłaci 100 milionów dolarów na zakup kluczowego sprzętu obronnego z USA dla…Ukrainy. 100 milionów dolców, to na waciki, a potrzeby ukraińskich oligarchów są przepastne jak Rów Mariański i nie wykluczone, że już za kilka miesięcy „dej, dej, dej” będzie pisane drukowanymi literami!
Zauważmy zresztą pewną prawidłowość: ilekroć w UE powstaje nowy „format rozmów”, „mapa drogowa” lub „inicjatywa pokojowa”, tylekroć jedyne, co Polska z tego dostaje, to rachunki. Tym razem – być może – nasi genialni geostratedzy z Warszawy postanowili zrobić eksperyment myślowy: jeśli nie przyjdziemy na imprezę, to może nikt nam nie każe płacić za tort. A tort – dodajmy – będzie wielowarstwowy. Najpierw odbudowa, potem „modernizacja zgodna z europejskimi standardami”, następnie „wsparcie transformacji ustrojowej”, czyli eleganckie określenie procesu, w którym miliardy euro zamieniają się w kilka nowych pałacyków w okolicach Kijowa. No i oczywiście – jak zawsze – bonus w postaci wiecznej wdzięczności, która trwa mniej więcej tyle, ile czas potrzebny na przepływ gotówki z konta na konto.
Może więc ktoś w Warszawie wreszcie policzył, że za chwilę przyjdzie do nas delegacja w eleganckich garniturach, z miną Marty Feldman’a, i powie: „Polska, przyjacielu, twój czas, by okazać solidarność!”. A solidarność, jak wiemy, w Europie kosztuje tyle, co najdroższy artykuł w sklepie — zawsze płaci ten, kto ma portfel na stole. A my, najwyraźniej, schowaliśmy go do szuflady i udajemy, że jesteśmy przed jakąś wypłatą i lecimy na oparach (co zresztą jest szczerą prawdą). Napisać, że to bystry plan, to nic nie napisać.
Więc może to nie błąd, lecz świadoma decyzja: skoro nie można wygrać gry, w której inni rozdają karty, to najlepiej nie siadać do stołu. I nie dokładać się do puli, która od dawna ma jednego pewnego beneficjenta: ukraińskie elity, które od dekad żyją tak, jakby państwo było bankomatem bez limitu.
Ale spokojnie — za chwilę i tak zaproszą nas do tego stołu. Nie z sympatii, nie z podziwu dla naszego sprytu, lecz z jednego, banalnego powodu: bo ktoś w końcu będzie musiał tę ukraińską studnię bez dna zasypywać pieniędzmi. A w Europie jest pewna stała geopolityczna: kiedy trzeba płacić, zawsze ktoś przypomina sobie, że Polska jest jednak „ważnym partnerem”.
Mam nadzieję, że nasi czytelnicy wyczuli tę szalejącą ironię w moich słowach. Kilka dni temu rozmawiałem z przesympatycznym (tak dla niepoznaki nazwijmy go panem Michałem z Parteru) zwolennikiem KO, który tłumaczył naszą nieobecność przy stole – „rybami, które płyną pod prąd”, czytaj: KO jest formacją wartości więc ze śmieciami nie dryfuje. Przyznaje, że na takie dictum ręce mi opadły po samą podłogę a lewa powieka zaczęła drgać jak w tańcu Pogo (to energiczny, często chaotyczny taniec wykonywany głównie na koncertach punkowych, hardcore’owych i metalowych). I czego ja tu nie rozumiem? Skoro Szymon Hołownia mówił, że lekarze będą dzwonić do pacjentów, to dzwonią i…odwołują zabiegi. I w tej logice (ja nazwałbym to antylogiką), brak Polski przy stole negocjacji już samo w sobie jest epokowym sukcesem KO, plasującym się zaraz po Wielkiej Dziurze Budżetowej im. Andrzeja Domańskiego. Tak na marginesie proponuję jakąś ciemną masę w kosmosie nazwać im. Domańskiego – będzie to nasz wkład w eksplorację Uniwersum.






