Na początku muszę stanowczo podkreślić, że jestem militarystą i uważam, że polska armia powinna być silna, a nawet jeszcze silniejsza. I rozumiem, że za tym stwierdzaniem kryją się wydatki: kosztuje sprzęt, kosztuje szkolenie, kosztuje gotowość. Bez salonowych wygibasów – powiedzmy rzecz prostą: państwo, które nie chce mieć silnej armii, prędzej czy później będzie miało cudzą. I ja do tych, co wolą cudzą, nie należę.
Ad rem. No i było SAFE i nie ma SAFE, chyba że „zakute łby” z Koalicji Obywatelskiej ominą prawo i przyjmą znaczone srebrniki. Kawa na ławę wyłożył to wybitny konstytucjonalista – pan prof. Ryszard Piotrowski. Oto kilka tez, o których wspomniał:
-
O naszej armii decydować będzie KE i Rada UE. Na to nie pozwala Konstytucja, ponieważ ona nie pozwala przekazać kompetencji w odniesieniu do sił zbrojnych.
-
Mamy art. 90 konstytucji… Pytanie, w których sprawach można przekazać kompetencje? Trybunał Konstytucyjny (wyrok K32/09) mówi jasno: nie można przekazać kompetencji składających się na istotę suwerenności, a do nich należy władza nad armią.
-
Traktat o Unii Europejskiej stanowi, że UE szanuje podstawowe funkcje państwa. W szczególności bezpieczeństwo narodowe pozostaje w zakresie wyłącznej odpowiedzialności każdego państwa członkowskiego.
-
Siły zbrojne podlegają demokratycznej kontroli. To znaczy, że podlegają kontroli polskiej władzy, a nie kontroli Brukseli. Naród sprawuje władzę przez swoich przedstawicieli, a nie przez przedstawicieli Komisji Europejskiej.
-
Uzasadnienie projektu SAFE mówi, że „musi tak być, żeby wszystko było gotowe na marzec”. To niedopuszczalne, żeby planowanie pożyczkowe z KE miało pozbawiać Sejm prawa do stanowienia prawa. Pośpiech nie może ograniczać praw opozycji i możliwości udziału w stanowieniu prawa.
Należy przyznać, że prof. Piotrowski napisał gotowaca do uzasadnienia prezydenckiego veta. Gdyby głowa państwa chciała podpisać ustawę o SAFE, mogłaby się w przyszłości narazić na odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Jak się zachowa prezydent Nawrocki, to raczej jest pewne – zawetuje ustawę i napisze swój, autorski projekt. Ale jak się teraz zachowają „zakute łby”, kiedy zostało im wyłożone, że tych pieniędzy brać nie można?
Ktoś powie: „Ale przecież demokratyczna kontrola!”. Owszem. Tyle że oznacza ona kontrolę narodu, a nie kontrolę komisarzy, których polski wyborca nie może ani odwołać, ani rozliczyć. Jeśli Sejm ma być sprowadzony do roli notariusza pośpiesznych umów, to nie jest to sprawność, lecz skrót suwerenności. Państwo poważne nie igra z zasadami, na których stoi jego armia. Bo armia ma być silna – lecz jeszcze silniejsze musi być prawo. To my obywatele jesteśmy SUWERENAMI, a nie jacyś jewropejscy komisarze!






