Wspólna rzeczywistość w gruzach. Czy czeka nas orwellowska tresura?

Date:

Leon XIV ostrzegł przed rozwojem języka w stylu „orwellowskim”, który poprzez dążenie do coraz większej inkluzywności wyklucza tych, którzy mu się nie podporządkowują. „Odkrywanie na nowo znaczenia słów jest prawdopodobnie jednym z głównych wyzwań naszych czasów. Kiedy słowa tracą związek z rzeczywistością, a sama rzeczywistość staje się dyskusyjna i ostatecznie nieprzekazywalna, stajemy się jak dwie osoby – o których wspomina św. Augustyn – zmuszone do przebywania razem, nie znając języka drugiej osoby” – powiedział Ojciec Święty.

Mam jakieś dziwne przeczucie, że słowa papieża przeszły gdzieś obok, lewie co zauważone. A szkoda, bo Leon XIV trafnie dotknął nerwu, który od dawna pulsuje pod powierzchnią publicznych debat. Język przestał być dzisiaj narzędziem opisu świata, a stał się pałką – służy do dyscyplinowania, nie do porozumienia. Zamiast spierać się o fakty, spieramy się o słowa, a raczej o to, kto ma prawo je definiować, a kto zostanie wykluczony za użycie definicji już nieaktualnej. Dawniej herezja była sprawą teologów, dziś wystarczy niewłaściwy zaimek, by wypaść poza obręb wspólnoty.

Gdy wszystko jest „nienawiścią”, nic nie jest sporem; gdy wszystko jest „przemocą”, nie sposób odróżnić realnego ciosu od subtelnego argumentu. W efekcie rozmowa publiczna zamienia się w zbiór monologów wygłaszanych do lustra w pustym pokoju. Papież mówił o utracie wspólnego języka, ale problem jest głębszy: tracimy wspólną rzeczywistość. A bez niej nie ma ani polityki, ani kultury, ani Kościoła – jest jedynie żonglowanie emocjami. Dlatego jego słowa były niewygodne i dlatego przeszły bez echa. Bo ostrzegać przed orwellowskim językiem, to dziś akt większej niepoprawności niż niejedno bluźnierstwo.

Nie tak dawno dotarła do mnie informacja, iż brytyjski rząd uruchomił program szkolenia nauczycieli w wykrywaniu wczesnych oznak mizoginii u chłopców. Chłopcy uznani, iż należą do grupy „wysokiego ryzyka” zostaną skierowani na specjalne kursy behawioralne, by wykorzenić uprzedzenia wobec kobiet. Chłopiec przestaje być chłopcem, a staje się „potencjalnym zagrożeniem”, projektem do korekty, surowcem wymagającym obróbki. Zanim zdąży zrozumieć Szekspira już ma się nauczyć, że jego spontaniczność może być objawem ukrytej winy. W tej logice nie chodzi już o wychowanie, lecz o prewencję – nie przed czynem, lecz przed myślą. A skoro myśl jest jeszcze nieuformowana, tym łatwiej uznać ją za winną.

Nowomowa ma tu funkcję kluczową: „profilaktyka” brzmi lepiej niż „reedukacja”, a „bezpieczeństwo” skuteczniej usypia czujność niż „kontrola”. Zamiast uczyć rozmowy, uczymy uniku; zamiast sporu – autocenzury. I tak, krok po kroku, budujemy społeczeństwo ludzi poprawnych, lecz bezradnych, mówiących coraz więcej słów, które znaczą coraz mniej.

Ktoś powie, że to nas nie dotyczy! Dotyczy, dotyczy. Ostatnio rząd liberalno-lewicowy w Polsce ogłosił, że zamierza numerować małżonków, tak by z dokumentów urzędowych wyparowały takie archaiczne pojęcia jak: „mąż” i „żona”, a zastąpiły je neutralne płciowo: „małżonek 1” i „małżonek 2”. Głupie? Głupie, ale na to jeszcze nie wymyślono lekarstwa. Inny przykład? Proszę bardzo! Od niedawna obowiązują przepisy stosowania neutralnych płciowo nazw stanowisk pracy w ogłoszeniach. Tutaj nie wytrzymał nawet były premier (z SLD) Leszek Miller: „Znikają stolarz, przedszkolanka i opiekunka; nie dlatego, że wymarli, tylko dlatego, że mają płeć. A płeć – jak wiadomo – jest dziś podejrzana. Zamiast nich pojawia się więc »osoba wykonująca prace stolarskie«, »osoba realizująca czynności wychowania przedszkolnego« oraz »osoba do spraw opiekuńczych«. Lepiej wszystko rozmyć, bo dotychczasowe nazewnictwo może kogoś urazić, wykluczyć albo – co gorsze – pozwolić się domyślić, kto robi co i dlaczego. Skoro nie wolno już nazywać rzeczy po imieniu, to nie ma się co dziwić, że coraz trudniej odróżnić zdrowy rozsądek od absurdu” – oświadczył Miller.

Leon XIV mówi językiem teologii i filozofii, Miller – językiem starego, partyjnego pragmatyzmu, ale diagnoza jest ta sama: gdy język odrywa się od rzeczywistości, przestaje służyć ludziom, a zaczyna ich tresować. Papież ostrzega przed duchowym rozkładem wspólnego sensu, Miller przed administracyjnym absurdem – obaj widzą tę samą nowomowę, tylko z innych stron lustra. I to chyba najbardziej niepokojące: że w świecie, w którym tak niewiele ich łączy, łączy ich właśnie sprzeciw wobec języka, który udaje postęp, a w istocie produkuje pustkę. Jeśli nawet tak odległe głosy brzmią dziś podobnie, to znak, że problem nie jest ideologiczny, lecz cywilizacyjny.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Orban, Trump i polityczna herbatka. Co się stało nad Balatonem? Fikołki polskiej prawicy*

Czy polska prawica przegapiła moment, w którym Viktor Orban i Donald Trump stracili kontakt z rzeczywistością? Analizujemy, dlaczego uparte bronienie dawnych idoli to droga donikąd i polityczne samobójstwo.

Czołgiem przez paragrafy: Dlaczego psucie prawa to rachunek, który zapłacisz Ty

To nie kabaret, to rzeczywistość. Gdy Trybunał staje się piaskownicą, a psucie prawa standardem, fundamenty państwa drżą. Dowiedz się, dlaczego za polityczną wojnę elit zapłacimy my wszyscy.

Lojalność ważniejsza niż MAGA. Gdy Donald Trump atakuje papieża

Czy polityka może unieważnić autorytet Piotra? Donald Trump atakuje papieża w imię wyborczej gry. Jako wierni tradycji mówimy: stop. Są granice, których konserwatyście przekroczyć nie wolno.

Sala kolumnowa, „ślubowanie” i dworzanie z bajki Andersena

Czy można ślubować komuś, kogo nie ma w pokoju? Analizujemy czwartkowe wydarzenia w Sali Kolumnowej. Dowiedz się, dlaczego nowi sędziowie TK przypominają nam zagubionych dworzan z bajki Andersena.