Dziś będzie o oszczędzaniu w szpitalach. Wiecie, co jest w tym wszystkim najlepsze? To, że gdy człowiek myśli, iż już nic go nie zdziwi, nasi „uśmiechnięci” włodarze mówią: „My? My ciebie nie zaskoczymy? To patrz” — i walą z grubej rury.
O ochronie zdrowia piszę od dawna i mam wrażenie, że to serial bez końca. Każdy sezon gorszy, budżet mniejszy. I właśnie dorzucili nowy odcinek. Hit sezonu. Obniżamy stawkę żywieniową w szpitalach. Z 25,62 zł dziennie do… 21 zł. Tak, dobrze czytacie. W czasach inflacji, drożyzny i cen, od których człowiek dostaje palpitacji serca, pacjent ma jeść taniej. Bo w szpitalu przecież nie trzeba jeść normalnie. Wystarczy symbolicznie. Taka dieta.
A swoją drogą… pamiętacie, jak pisałem o rodzeniach na SOR-ach? No, tam, gdzie między jednym skurczem a drugim można pogadać z pijanym panem Mietkiem albo z jakimś naćpanym narkomanem czy ofiarą wypadku? No to teraz mamy ciąg dalszy tej genialnej telenoweli pt. „Jak wykończyć system i udawać, że się go naprawia”.
Dziś rano przeczytałem: będziemy OSZCZĘDZAĆ! Rewelacja, super? Ale nie na limuzynach, nie na gabinetach, nie na liczbie ministrów, których mamy najwięcej w Europie. Nie. Będziemy oszczędzać na… jedzeniu dla pacjentów w szpitalach. No genialne w swej prostocie!
Mamy inflację, ceny lecą w kosmos, a oni co robią? Obniżają stawkę żywieniową z 25 zł na 21 zł. Serio? Prawie 20% w dół? Przecież w szpitalu się leży, to po co tyle jeść, nie? Można przecież przejść na dietę „cud” — cud, że się jeszcze dycha!
Zaraz dojdziemy do tego, że jak ktoś idzie na operację zaćmy, to zrobią mu tylko jedno oko. Bo po co widzieć wszystko, skoro dookoła i tak syf? 50% oszczędności jak nic! Brawo wy!
Wiecie, co jest najlepsze? To musiało się zrodzić w naprawdę światłych głowach. Takich, które w życiu nie widziały szpitalnego obiadu, ale za to doskonale wiedzą, że „da się taniej”. No pewnie, że się da. Zawsze się da. Tylko potem nie da się wstać z łóżka, nie da się goić ran i nie da się wrócić do zdrowia.
System już dziś się sypie. Brakuje 23 miliardów złotych. Dwadzieścia. Trzy. Miliardy. To nie jest drobna różnica w kasie na kawę. To jest dziura taka, że w trzech–czterech województwach można by po prostu zgasić światło i powiedzieć: „Dziś nie leczymy”. To jest pudrowanie trupa po cichu. System ma dziurę, składki płacimy wszyscy, a gdy przychodzi co do czego, lądujesz w kolejce na trzy lata albo dostajesz na obiad kromkę chleba z serkiem.
Szkoda mi tylko lekarzy i pielęgniarek. Bo to oni dostaną po głowie od wściekłych pacjentów, a nie ci mędrcy z Warszawy, którzy mają swoje kliniki, wejścia bocznymi drzwiami i nie wiedzą, jak wygląda „normalna” służba zdrowia od środka. Wiecie, kiedy by się to zmieniło? Gdyby jeden z drugim musiał usiąść o piątej rano w poczekalni i usłyszeć: „Proszę pana, numerek na 2029 rok”. O, wtedy to by była REFORMA w pięć minut!
A tak? Skandal to mało powiedziane. Brak słów na to, co się wyprawia. Zamiast leczyć, serwują nam głodówkę i udają, że to dla naszego dobra.
Na koniec pytanie — całkiem serio: czy wy to rozumiecie? Bo ja nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. A może właśnie o to chodzi, żebyśmy tylko pokręcili głową i poszli dalej…?
* tytuły pochodzą od redakcji M24






