W maju Trump ma odwiedzić Chiny. Na wrzesień Xi Jinping zaplanował wizytę w USA. Czy rok 2026 będzie rokiem Nowej Jałty dla Tajwanu i innych części świata, którymi „podzielą się” wielcy, dając światu „pokój” a rynkom stabilność i spokojną konsumpcję? W tle walka o teraflopy – tanią energię i rzadkie metale potrzebne coraz bardziej żarłocznym silnikom AI, które zawładnęły wyobraźnią inwestorów i emocjami miliardów konsumentów na wszystkich kontynentach. Porażka Orbana na Węgrzech, ostry konflikt polityczny w Polsce i pęknięcie amerykańskiego społeczeństwa mają wspólny mechanizm. Chodzi o stosunek każdego z nas do najgłębszego fundamentu istnienia – do sensu i prawdy o nas samych i otaczającej nas rzeczywistości. I o nadzieję na to, że „nowa rzeczywistość”, której nadejścia się spodziewamy, nie pojawi się w wyniku globalnej katastrofy i masowego cierpienia.
Współczesny świat, rozpięty pomiędzy dynamiką szybkiego wzrostu (liberalnego postępu i „luzowania” tradycyjnych wartości) a potrzebą zakorzenienia, trwałej równowagi i organicznego wzrostu – coraz wyraźniej ujawnia ograniczenia i niedostatki dotychczasowego modelu opartego na maksymalizacji i bezpieczeństwie, który tak spektakularną porażkę poniósł w Niemczech. Zarówno w gospodarce, jak i w życiu społecznym czy duchowym, przyspieszenie i korzyść za wszelką cenę przestają być jednoznacznym wyznacznikiem postępu. Historia pokazuje, że wzrost pozbawiony zdolności samoregulacji prowadzi do przeciążeń, kryzysów i utraty sensu. Dotyczy to nie tylko systemów ekonomicznych, politycznych i całych cywilizacji, lecz także religii i duchowości, które w momentach nadmiernej ekspansji tracą kontakt ze swoim źródłem, a następnie – doświadczając kryzysu – próbują go odzyskać poprzez powroty do korzeni, prostoty i realnego doświadczenia zamiast abstrakcji, ideologizacji i skomplikowanych form.
Na tym tle szczególnie interesujący wydaje się model wypracowany w Japonii, gdzie przez wieki rozwijała się zdolność utrzymywania twórczego napięcia między tradycją a nowoczesnością bez całkowitego podporządkowania jednej sfery drugiej. Japońska kultura w początkach XX wieku nie odrzuciła zachodniej modernizacji, lecz wchłonęła ją, zachowując jednocześnie głęboko zakorzenione własne formy duchowe i estetyczne. Nie chodzi tu o brak konfliktów, bo te zawsze się pojawiają, lecz o szczególny sposób ich przetwarzania — poprzez integrację, a nie eliminację. Filozoficznym wyrazem tej postawy jest myśl Nishidy Kitaro, założyciela filozoficznej szkoły w Kioto, który pisał: „Prawdziwa rzeczywistość nie jest ani czysto subiektywna, ani czysto obiektywna, lecz powstaje w miejscu ich wzajemnego przenikania„. To „miejsce”, któremu jest przypisany japoński znak „Ma” (oznacza przestrzeń pomiędzy, ale też nową ideę) można rozumieć jako przestrzeń równowagi, w której przeciwieństwa nie znoszą się nawzajem, lecz współistnieją w dynamicznym, twórczym napięciu. Taka perspektywa pozwala inaczej spojrzeć na rozwój: nie jako liniowy ruch ku „więcej i szybciej za wszelką cenę”, lecz jako pogłębianie relacji między tym, co nowe i tym, co trwałe.
Podobną intuicję, choć wyrażoną w innym kontekście, odnajdujemy u Edmunda Husserla, reprezentującego z kolei typowo zachodnie podejście do źródeł prawdy, który zauważał, że „kryzys kultury europejskiej ma swoje źródło w zapomnieniu o świecie życia„. Co rozumiał przez „świat życia”? Może miał na myśli struktury i procesy naturalnie zakorzenione w wielowiekowym dziedzictwie ludzkiego doświadczenia? Husserl wskazywał tym samym, że rozwój oderwany od bezpośredniego doświadczenia człowieka traci swoje fundamenty. Można powiedzieć, że współczesne kryzysy — technologiczne, społeczne, gospodarcze i duchowe — są właśnie przejawem takiego oderwania: systemy rosną szybciej, niż jesteśmy w stanie je sensownie przeżywać i rozumieć.
Synteza tych perspektyw prowadzi do wniosku, że przyszłość ludzkości nie zależy od wyboru między postępem a tradycją, lecz od zdolności ich zrównoważenia. Model japoński sugeruje, że możliwe jest połączenie innowacyjności z zakorzenieniem, dynamiki z refleksją, technologii z duchowością. Nie oznacza to prostego naśladowania konkretnych rozwiązań kulturowych, lecz raczej przyswojenie pewnej zasady: rozwój powinien zachowywać kontakt z tym, co go podtrzymuje. W tym sensie stabilny wzrost — zarówno w wymiarze materialnym, jak i duchowym — wymaga powrotu do równowagi rozumianej nie jako symetryzm i stagnacja, lecz jako zdolność do harmonizowania przeciwieństw. Świat, który potrafi integrować zamiast przyspieszać za wszelką cenę, może uniknąć pułapki niestabilności. Świat, który pamięta o „świecie życia”, nie zatraci się w abstrakcyjnych systemach, które kuszą i wiele obiecują, ale okazują się pułapką, która prowadzi do katastrofy.
Być może więc to, co najlepsze przed nami, najlepsza możliwa przyszłość, nie polega na dalszym przyspieszaniu, lecz na nauczeniu się innego rytmu — takiego, który pozwala wzrastać, nie tracąc równowagi. W tym rytmie nowoczesność nie niszczy tradycji, a tradycja nie hamuje rozwoju, lecz obie stają się warunkami wzajemnego trwania. To właśnie w tej przestrzeni — „pomiędzy” — mogą kształtować się nowe relacje dotychczas skonfliktowanych stron i dojrzalsza forma ludzkiej cywilizacji.
* tytuły pochodzą od redakcji M24






