Wielka Brytania i Monty Python: państwo, w którym rzeczywistość pisze lepsze skecze niż komicy
Jeżeli ktoś próbuje dziś opisać nastroje w Wielkiej Brytanii bez odniesienia do Monty Pythona, to znaczy, że nie rozumie, na co patrzy. To kraj, który od kilku lat wygląda, jakby ekipa Pythonów przejęła władzę i postanowiła zrobić z państwa serial komediowy — tylko że nikt nie powiedział obywatelom, że to żart. Polityka wygląda jak Ministry of Silly Walks w wersji XXL: dużo ruchu, mnóstwo gestów, zero sensu.
Odkąd do sterów dorwała się turbo-lewica, codzienność przypomina skecz, w którym nikt nie widzi płonącej kuchni, bo wszyscy są zajęci udawaniem, że „wszystko jest okej”. Premier Starmer, znany z tego, że mówi godzinę i nic nie powiedział, wygląda na człowieka, który myśli, że kieruje mocarstwem, podczas gdy realnie dowodzi ekipą od polerowania stołu w stołówce NATO. Gdy mówi o gospodarce, robi minę, jakby pierwszy raz w życiu zobaczył kalkulator — i nikt nie wie, czy to poza, czy szczera reakcja na rzeczywistość.
Brytyjska ekonomia przypomina legendarny Dead Parrot Sketch: papuga leży martwa jak kamień, a sprzedawca wrzeszczy, że „ona tylko odpoczywa!”. Rząd mówi dokładnie tak samo: inflacja? „To nie inflacja, tylko ma gorszy dzień.” Funt leci w dół? „Nie leci, tylko robi stretching.” Ceny energii rosną? „To naturalna korekta emocjonalna rynku.” Słyszysz to i masz wrażenie, że tkwisz nie w państwie, tylko w kabarecie, który dostał Oscara za najlepszą imitację powagi.
I żeby tego było mało, brytyjska policja przeszła w tryb Ministry of Silly Laws. Zgłoszenie o napaści potrafi czekać dwa dni, ale komentarz na Twitterze — przepraszam, na „X” — wzywa patrol natychmiast. Funkcjonariusze poświęcają więcej czasu na analizowanie zaimków niż na łapanie przestępców, aresztując ludzi za memy i żarty, które jeszcze dekadę temu byłyby materiałem dla wieczornej telewizji.
Zresztą BBC — zwane już przez ludzi Ministerstwem Prawdy — samo o to dba. Instytucja, która miała być symbolem obiektywizmu, od lat praktykuje montaż tak kreatywny, że George Orwell przewracałby się w grobie szybciej niż turbina wiatrowa. Ostatnie ich „artystyczne cięcie” dotyczące Trumpa wyglądało jak praca semestralna z propagandy stosowanej. Nic dziwnego, że Trump — w swoim stylu buldoga z Manchesteru — postanowił wziąć ich za fraki. BBC udaje zaskoczenie, ale w ich świecie manipulacja była dotąd traktowana jak narodowy sport.
Na ulicach i w pubach Brytyjczycy mówią otwarcie, że mają dość. A trzeba pamiętać, że to naród cierpliwszy niż Szkot czekający na promocję whisky. Jeśli oni zaczynają podnosić głos, to znaczy, że jest naprawdę źle. Bo opowieści o „postępie” nie działają, kiedy ludzie muszą wybierać między rachunkiem za prąd a obiadem. Kiedy NHS przypomina sanatorium z epoki PRL-u, a infrastruktura drogowa wygląda, jakby ktoś testował, ile metrów asfaltu można położyć za funta i dlaczego tak mało.
Społeczeństwo widzi, że państwo traci kontrolę nad wszystkim, czym powinno zarządzać, a jednocześnie obsesyjnie skupia się na sprawach, które nie mają absolutnie żadnego wpływu na życie zwykłych ludzi.
Do tego dochodzi geopolityka. Brytania po Brexicie miała odbudować wpływy globalne, wejść na nowo do gry, stać się potęgą. Tymczasem wyszło jak zawsze: dużo ambicji, zero planu. Kraj wpadł w międzyprzestrzeń — ani nie jest częścią Unii, ani nie jest globalnym graczem, ani nie ma siły militarnej, ani ekonomicznej, żeby cokolwiek wymusić. Zostało mu tylko udawanie, że stoi na własnych nogach, podczas gdy realnie stoi na szczudłach, które trzeszczą przy każdym podmuchu gospodarczej rzeczywistości.
W tym wszystkim pojawia się jeszcze Tommy Robinson — człowiek, który jest jak papierek lakmusowy stanu brytyjskiej wolności słowa. Wystarczy, że otworzy usta, a system zaczyna się dusić. Nie trzeba być jego fanem, żeby zauważyć, że reakcje państwa są bardziej emocjonalne niż prawne. Gdyby nie on, wiele mechanizmów władzy pozostałoby ukrytych pod dywanem politycznej poprawności.
A teraz spojrzenie na Polskę: idziemy dokładnie tą samą drogą. To, co dziś dzieje się w Londynie, Warszawa może zobaczyć u siebie szybciej, niż ktokolwiek się spodziewa. Bo Polska również oddała politykę tym samym ideologicznym siłom — różnią się nazwami, twarzami i kolorami, ale kierunek jest jeden. W stronę kontroli, w stronę poprawności, w stronę państwa, które wie lepiej niż obywatele, jak powinni żyć.
Wielka Brytania jest dziś żywym Monty Pythonem. Widzowie jeszcze się śmieją, ale aktorzy na scenie nie rozumieją, że to już nie kabaret, tylko rozpadający się system. Polska stoi obok, patrzy przez drzwi i musi zdecydować: wejść do środka i udawać, że to zabawne, czy wyciągnąć wnioski i zamknąć te drzwi zanim zrobi się naprawdę ciemno.
* tytuły pochodzą od redakcji M24




