Co wie prof. Dudek czego nie wie Donald Tusk i ośrodki badań opinii społecznej? Politolog w programie „Dudek o polityce” wprost stwierdził, że premier jest politykiem „zużytym”. „On wiedzie cały obóz polityczny, któremu przewodzi, ku utracie władzy – powiedział prof. Dudek. – Tusk jest politykiem, który leci na oparach. On jest już w dużym stopniu zużyty, wyjałowiony. On już niczego nowego nie potrafi wymyślić”.
Tymczasem wyniki sondaży dla KO, jakby na przekór opinii pana profesora – ostro wystrzeliły w kosmos. Twardy elektorat KO napina mięśnie klaty, pręży bicepsy, chodzi krokiem zamaszystym i pewnym. Nie ma zapaści w służbie zdrowia, nie ma gigantyczniej dziury budżetowej, nie ma serii porażek w polityce międzynarodowej – jest SONDAŻ. Przypomnijmy, że premier w październiku stwierdził, że „może przyjmować zakłady nie na duże kwoty, że KO wygra wybory w 2027 r. i nie odda władzy Jarosławowi Kaczyńskiemu”. Na jego propozycję zareagował właśnie prof. Dudek, który zaproponował kwotę 100 zł.
„Ponawiam panie premierze propozycję zakładu po raz kolejny. O te 100 zł. Pan ten zakład zaproponował, ja go podtrzymuje, jeśli dalej pan będzie robił takie numery, jak ten w Berlinie (oferta wypłaty odszkodowań żyjącym ofiarom niemieckich zbrodni przez…stronę polską – przyp. autora), to pan naprawdę szykuje sobie utratę władzy” – mówił teraz socjolog.
Premier więc stoi dziś przed wyborem dramatycznym: albo rozsądnie dotrwać do 2027 roku i ratować co się da, albo jeździć dalej na zachód i ryzykować, że przegra stówkę z profesorem. I coś w kościach czuję, że wybierze to drugie. Stówka to niewiele, a władza? No cóż — zawsze można ogłosić, że zakład był na niby. Jedno jest pewne: z takim poziomem politycznej dramaturgii polska klasa polityczna w końcu doczeka się własnej ligi bukmacherskiej, a wtedy w końcu będzie wiadomo, ile rzeczywiście jest warta obietnica wyborcza.
Hasła i straszydła polityczne nasz premier opanował idealnie, co w wolnym tłumaczeniu na ekonomię polityczną można przetłumaczyć następująco: rynek nie lubi niepewności, a premier produkuje jej ostatnio w ilościach hurtowych. Politycy KO mówią zwykle, że „stawką są losy Polski”, a opozycja nic innego nie robi, tylko sypie piach na tory. Premier poszedł tym razem pod prąd: u niego stawką jest banknot z Jagiełłą. Można podziwiać minimalizm — w świecie, w którym wszyscy obiecują miliardy, on ryzykuje jedną trzecią ceny obiadu w średniej klasy warszawskiej restauracji. Wszystko to razem wygląda tak, jakby nasze życie publiczne zamieniło się w tani zakład bukmacherski: politycy stawiają, eksperci dopowiadają, a społeczeństwo płaci rachunek + napiwek dla kelnera. I jeśli ktoś ma tu stracić, to nie premier — najwyżej sto złotych.
I w tym wszystkim jest jeszcze jeden smaczek: kiedy premier naprawdę przegra, nie zapłaci on — zapłaci zawsze ktoś inny. Najczęściej ci, którzy nawet tej stówki na zakład nie mają. Taki mamy klimat polityczny: niby rynek idei, ale przypomina to raczej lumpeks demokracji — każdy coś wygrzebie, ale nikt nie chce przyznać, że to od dawna leży w koszu z przecenami. Stówka profesora Dudka jest tu jedyną rzeczą, która trzyma wartość.
A co z elektoratem KO, który pod wpływem sondaży, spija miód z niebiańskich kielichów? Cóż — ten elektorat żyje dziś w tak słodkiej bańce optymizmu, że nawet pszczoły zaczynają mieć kompleksy. Problem w tym, że miód sondażowy ma jedną wadę: fermentuje szybciej niż polityczne obietnice. I kiedy przychodzi moment prawdziwej degustacji — przy urnach — często okazuje się, że to nie ambrozja, tylko zwykła patoka.






