Uśmiechem rachunku nie zapłacisz. Państwo znowu skubie cierpliwą gęś

Date:

Jak panu Czarnkowi nie wstyd? Na rok przed wyborami składać tak szokująco bolesne obietnice: wyjście z ETS-u, podniesienie II progu podatkowego z poziomu 120 tys. zł do 180 tys. zł, zaś w przypadku rozliczania małżonków – do 360 tys. zł. Do tego zwolnienie z podatku PIT oraz składek emerytalnych i rentowych wynagrodzenia emerytów do poziomu 2,5 tys. zł netto. Czyli ma być taniej i lepiej… zwykłym ludziom.

Na propozycję pana Czarnka odpowiedział Vincent Rostowski, który oświadczył, że „piniendzy nie ma i nie będzie”. Wrrrróć! Tym razem Vincenta schowano głęboko do politycznej komórki, skąd – zresztą słusznie – się nie wychyla. Głos zabrała za to pani Pełczyńska-Nałęcz, alarmując koalicję: „PiS idzie po klasę średnią”. Liderka Polski 2050 ostrzegła, że „strona demokratyczna” powinna być wreszcie „mądra przed szkodą”.

Ale jak tu być mądrym przed szkodą, skoro szkoda już dawno nastąpiła? Budżet wygląda jak po przejściu stada szarańczy, deficyt rośnie szybciej niż chwasty na polu, a większość energii politycznej zużywana jest na tłumaczenie, dlaczego kolejna obietnica wyborcza jednak nie była obietnicą, tylko ulotną metaforą. Można było odnieść wrażenie, że słynne „100 konkretów” nie było programem politycznym, lecz konkursem literackim z gatunku realizmu magicznego.

Cała nadzieja w Donaldzie Tusku, który może sprawę przegada, jak to ma w zwyczaju, a przy okazji wypuści z politycznej lampy jakiegoś dżina z pianą na ustach. Trzeba uczciwie przyznać, że jest w tym mistrzem. Gdy sytuacja staje się niewygodna, premier potrafi wywołać taki huragan emocji, że przez kilka dni nikt nie pamięta, o czym właściwie była mowa. Kiedyś nazywano to odwracaniem uwagi. Dziś nazywa się to zarządzaniem przekazem.

Problem polega jednak na tym, że pani minister ma rację. PiS rzeczywiście idzie po klasę średnią. Tylko że jest to mniej więcej taki zarzut, jakby właściciel piekarni został przyłapany na sprzedawaniu chleba, a strażak na gaszeniu pożarów. Partie polityczne od czasu do czasu próbują bowiem zdobywać wyborców. Bywało już różnie – jedni szli po robotników, inni po przedsiębiorców, jeszcze inni po elektorat wielkomiejski lub chłopów. Tymczasem okazuje się, że największym szokiem dla części obozu rządzącego jest zamiar dotarcia do ludzi, którzy pracują, płacą podatki, spłacają kredyty i jeszcze nie wyjechali do Niemiec zbierać szparagów.

W głosie pani minister słychać autentyczne przerażenie. Jak to? Podniesienie drugiego progu podatkowego? A więc człowiekowi, który zarabia więcej dzięki własnej pracy, miałoby zostać więcej pieniędzy? Przecież to zamach na fundamenty współczesnego państwa. Od lat obywatel jest bowiem wychowywany w przekonaniu, że jego pieniądze są znacznie bezpieczniejsze w rękach urzędnika niż we własnym portfelu.

Jeszcze gorzej wygląda sprawa z emerytami. Ktoś w PiS najwyraźniej uznał, że starszy człowiek, który chce dalej pracować, nie powinien być za to karany dodatkowymi daninami. To już niemal herezja. Od lat słyszymy, że społeczeństwo się starzeje, że brakuje pracowników, że aktywność zawodowa seniorów jest zbyt niska. Kiedy jednak pojawia się propozycja, aby taką aktywność premiować, natychmiast rozlega się alarm. Zupełnie jakby ktoś zaproponował dopłaty do oddychania.

Rząd znalazł się więc w sytuacji wyjątkowo niewygodnej. Przez dwa lata słyszeliśmy, że wszystko zmierza we właściwym kierunku. Gospodarka przyspiesza a ludziom żyje się lepiej. Inwestycje miały eksplodować. Polska miała stać się krajem kompetencji, jakości i uśmiechu. Tymczasem coraz więcej obywateli odkrywa, że uśmiechem nie da się zapłacić rachunku za prąd, raty kredytu ani zakupów w osiedlowym sklepie. Okazało się bowiem, że między propagandą sukcesu a paragonem fiskalnym istnieje przepaść, której nie zasypie nawet najbardziej entuzjastyczny Szłapka.

I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwy dramat koalicji. Bo przez ostatnie dwa lata klasa średnia była traktowana trochę jak bankomat, trochę jak wielbłąd, a trochę jak dojna krowa. Zarabiasz? Zapłać. Zarabiasz więcej? Zapłać więcej. Bierzesz nadgodziny? Państwo gratuluje sukcesu i przypomina numer konta urzędu skarbowego. Awansowałeś? Fantastycznie. Fiskus również jest dumny z twojego sukcesu.

Władza najwyraźniej uznała, że klasa średnia przypomina gęś ze starej bajki o złotych jajkach – można ją skubać bez końca, a ona i tak będzie znosiła kolejne podatki, opłaty, parapodatki, składki, daniny solidarnościowe i inne cuda fiskalnej kreatywności. Problem w tym, że nawet najbardziej cierpliwa gęś w końcu zaczyna syczeć.

Klasa średnia przez lata pełniła w polskiej polityce rolę wielbłąda. Miała nie narzekać, dźwigać ciężary, utrzymywać budżet, finansować kolejne programy i jeszcze czuć moralną satysfakcję, że uczestniczy w wielkim projekcie modernizacji kraju. Jeśli jednak odważyła się zapytać, dlaczego przy rosnących zarobkach zostaje jej coraz mniej pieniędzy, natychmiast słyszała wykład o solidarności społecznej, odpowiedzialności i europejskich standardach.

Tymczasem inflacja zrobiła swoje. Granica 120 tys. zł rocznie, która jeszcze kilka lat temu wydawała się dochodem dla nielicznych, dziś coraz częściej obejmuje nauczycieli akademickich, specjalistów, inżynierów, kierowników, informatyków czy doświadczonych pracowników sektora prywatnego. Innymi słowy – ludzi, którzy nie czują się bogaci, choć fiskus coraz częściej traktuje ich jak zamożnych.

I nagle pojawia się ktoś, kto mówi: może ten próg podnieść? Można się z tym pomysłem nie zgadzać. Można wyliczać koszty. Można wskazywać zagrożenia. Ale trudno nie zauważyć, że jest to pierwsza od dawna propozycja skierowana właśnie do tych ludzi. Do obywateli, którzy nie oczekują od państwa prezentów. Chcieliby jedynie, aby państwo zabierało im trochę mniej tego, co sami zarobili.

Oczywiście koalicja rządząca może jutro ogłosić, że drugi próg podatkowy zostanie podniesiony nie do 180 tys. zł, lecz do 200 tys. zł. Może nawet do miliona. A jeśli sytuacja sondażowa stanie się naprawdę podbramkowa, to i do dwóch milionów. W polityce wszystko jest możliwe, szczególnie wtedy, gdy kalendarz nieubłaganie zbliża się do dnia wyborów. Tylko że problem nie polega dziś na wysokości obietnic. Problem polega na wiarygodności ich autorów. I tutaj Koalicja 5,19 PLN za 1 litr PB95 jest wyjątkowo niewiarygodna. 

Polityka przypomina trochę bankowość. Kredyt zaufania można zaciągać tylko do pewnego momentu. Potem przychodzi dzień rozliczenia. I nagle okazuje się, że najcenniejszą walutą nie są kolejne obietnice, lecz… wiarygodność. A tej nie da się dodrukować ani pożyczyć z Krajowego Planu Odbudowy.

Jeszcze większą konsternację wywołuje pomysł wyjścia z ETS. Bo oto ktoś odważył się wypowiedzieć na głos zdanie, którego przez lata unikano niczym rozmowy o polityce przy wigilijnym stole. Mianowicie, że rachunki za energię nie spadają z nieba, lecz są rezultatem konkretnych decyzji politycznych. Przez lata obywatel miał wierzyć, że wzrost kosztów energii jest zjawiskiem równie naturalnym jak przypływy i odpływy Bałtyku. Tymczasem okazuje się, że część tych kosztów ma swoich autorów, swoje regulacje i swoje konsekwencje.

Miała być kwota wolna. Miało być taniej. Miało być szybciej. Miało być bardziej europejsko. Miało być bardziej profesjonalnie i twarzą do obywatela. Miało być inaczej niż za PiS. I rzeczywiście jest inaczej. Za PiS wyborcy zastanawiali się, które obietnice zostaną zrealizowane. Dziś coraz częściej zastanawiają się, które z nich jeszcze obowiązują, a które zostały przeniesione do politycznego czyśćca pomiędzy „nie da się”, „to nie ten moment” i „nie o to chodziło”.

Dlatego w obozie władzy pojawiła się nerwowość. Bo łatwo wygrywa się wybory hasłami o praworządności, demokracji i europejskich wartościach. Znacznie trudniej wygrać dyskusję o podatkach, rachunkach za energię i wysokości pensji. Zwłaszcza gdy przez dwa lata tłumaczyło się obywatelom, że najważniejszym problemem kraju jest Jarosław Kaczyński, a obywatele uparcie twierdzą, że jednak rachunek za prąd.

Wtedy wyborca odkłada smartfon, wyłącza polityczne podcasty i wyciąga kalkulator. A kalkulator jest urządzeniem wyjątkowo brutalnym. Nie ogląda TVN-u, Polsatu ani TVP w likwidacji. Nie wzrusza się autorytetami. Nie reaguje na emocjonalne wystąpienia polityków. Po prostu liczy.

Nie interesuje go praworządność, kamienie milowe, uśmiechnięta Polska ani kolejny polityczny tweet. Interesuje go tylko to, ile wpływa na konto i ile z niego znika.

I właśnie dlatego pani minister bije na alarm. Nie dlatego, że PiS idzie po klasę średnią. Lecz dlatego, że klasa średnia może zacząć słuchać. A dla każdej władzy najbardziej niebezpieczny jest moment, gdy obywatel przestaje słuchać polityków i zaczyna liczyć własne pieniądze.

Bo polityk najbardziej boi się nie radykalnego przeciwnika. Najbardziej boi się wyborcy z kalkulatorem w ręku. Zwłaszcza wtedy, gdy przez dwa lata opowiadał mu, że wszystko jest wspaniale, a wyborca właśnie sprawdził stan swojego konta.

I odkrył, że propagandą sukcesu nie da się zapłacić za zakupy.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Wujek z Warszawy chowa portfel. Brutalne przebudzenie z konkursu bezwarunkowej hojności

Koniec z Polską jako darmowym bankomatem Kijowa. Wstrzymanie dostaw MiG-29 to brutalny powrót do dyplomatycznej normalności. Realna polityka coś za coś w końcu zastępuje bezwarunkowe rozdawnictwo.

Wybory czy następne pokolenie? Kulisy unijnego paktu.

Unijny Pakt o Migracji wchodzi w życie. Polska dostała rok zwolnienia z solidarności. Czy to sukces rządu, czy tylko wyborcza zasłona dymna, po której zapłacimy za cudze błędy migracyjne? Sprawdzamy.

Państwo waleczne, pizza niebezpieczna. Jak gdański fiskus uratował budżet przed krewetkowym terroryzmem

Gdy państwo urządza polowanie na pizzę z krewetkami, a prokuratura ściga dziennikarza za ostre słowa, czas zapytać o granice absurdu. Czy urzędnicza machina potrafi być silna już tylko wobec słabych?

Czekając na ostatniego świadka. Jak wygrać wojnę o pamięć metodą na przeczekanie.

Niemieckie odszkodowania od ośmiu dekad leżą na stole. Gdy Warszawa przypomina o rachunku, Berlin zaczyna grać na zwłokę. Czy współczesna dyplomacja polega wyłącznie na czekaniu na ostatniego świadka?