Od dziś zaczynają obowiązywać unijne regulacje wynikające z Paktu o Migracji i Azylu. W oficjalnych komunikatach wszystko wygląda rozsądnie. Będą kontrole bezpieczeństwa, rejestracja przybyszów, szybsze procedury i lepsza współpraca państw członkowskich. Kto mógłby protestować przeciwko porządkowi, skuteczności i odpowiedzialności? A jednak są tacy, co nie wierzą, nie ufają, zadają niepokojące pytania.
Problem polega na tym, że europejska polityka migracyjna od lat przypomina przedsiębiorstwo, które po wywołaniu pożaru organizuje konferencję na temat bezpieczeństwa przeciwpożarowego. Najpierw otwarto drzwi, potem zdziwiono się, że ludzie zaczęli przez nie wchodzić, a teraz tworzy się kolejne regulacje mające zarządzać skutkami własnych decyzji. Polska została z mechanizmu solidarnościowego wyłączona na rok. Rząd przekonuje, że to sukces negocjacyjny. Być może. Warto jednak zadać pytanie, dlaczego zwolnienie obowiązuje tylko przez rok.
Jeśli rozwiązanie jest trwałe i korzystne, dlaczego ma charakter czasowy? Jeśli zaś jest czasowe, to pewnie dlatego, że ktoś zakłada, iż kiedyś się skończy.
Odpowiedź wydaje się dość oczywista. Politycy w Brukseli nie są szaleńcami. Wiedzą, że społeczne nastroje w wielu krajach europejskich stają się coraz bardziej sceptyczne wobec masowej migracji. Wiedzą również, że Polska stoi przed kolejnymi – niezwykle ważnymi – wyborami. Tylko wyjątkowo nierozsądny strateg próbowałby właśnie teraz forsować rozwiązania, które mogłyby stać się paliwem dla przeciwników obecnego układu politycznego. I właśnie dlatego dostaliśmy rok spokoju.
Rok, który ma wystarczyć, by temat nie zdominował debaty publicznej. Rok, który pozwala politykom zapewniać, że nic się nie zmienia. Rok, po którym wszystko będzie można ocenić ponownie. A co stanie się później? Tego nie wiemy. Wiemy natomiast, że mechanizmy tworzone przez Unię Europejską mają jedną charakterystyczną cechę: rzadko bywają tymczasowe. Gdy już powstanie nowa instytucja, nowy fundusz albo nowy system zobowiązań, prędzej czy później zaczyna funkcjonować pełną parą. Początkowe wyjątki wygasają, a polityczna presja rośnie.
Rząd Donalda Tuska uspokaja, że Polska nie będzie zmuszana do działań sprzecznych z własnym interesem. Warto byłoby jednak usłyszeć nie tylko zapewnienia dotyczące najbliższych miesięcy, lecz także plan na kolejne lata. Polityka państwa nie może przecież kończyć się na horyzoncie jednego roku. Jak głosi przypisywana Winstonowi Churchillowi maksyma: „Polityk myśli o następnych wyborach, mąż stanu o następnym pokoleniu”. Problem w tym, że europejska polityka migracyjna (i niestety polska) sprawia dziś wrażenie podporządkowanej przede wszystkim pierwszej części tego zdania.
Zwłaszcza że doświadczenia Europy Zachodniej pokazują, iż skutki błędów migracyjnych ujawniają się nie po dwunastu miesiącach, ale po dekadzie lub dwóch. Integracja przybyszów okazuje się znacznie trudniejsza, niż zakładano w gabinetach ekspertów. Rosną koszty społeczne, napięcia kulturowe i problemy bezpieczeństwa. A wtedy ci sami politycy, którzy wcześniej mówili o historycznej konieczności, zaczynają mówić o konieczności reform.
Nic więc dziwnego, że wielu Polaków patrzy na wydarzenia w Belfaście, Paryżu czy Berlinie z rosnącym niepokojem. Niezależnie od ocen poszczególnych incydentów, trudno oczekiwać, by obrazy zamieszek, starć ulicznych czy narastających napięć społecznych nie wpływały na wyobraźnię opinii publicznej. Społeczeństwa uczą się nie tylko na własnych błędach, ale także na błędach innych. W tym sensie ostrożność nie jest przejawem ksenofobii, lecz politycznego realizmu. Polacy chcą być mądrzejsi przed szkodą, a nie po szkodzie.
Tym bardziej że w pamięci pozostają słowa jednej z polityków Koalicji Obywatelskiej, która w szczycie kryzysu migracyjnego stwierdziła: „Najpierw pozwólmy wszystkim wejść, później będziemy sprawdzać, kim są”. Trudno o lepszą ilustrację logiki, która dla wielu Europejczyków stała się symbolem bezradności elit wobec problemu migracji. Państwo, które najpierw rezygnuje z kontroli, a dopiero później próbuje ją odzyskać, działa wbrew elementarnym zasadom odpowiedzialności.
Bo konsekwencje błędnych decyzji migracyjnych nie ograniczają się wyłącznie do kosztów finansowych czy sporów politycznych. W skrajnych przypadkach mogą dotyczyć bezpieczeństwa obywateli. A wtedy rachunek płaci się nie pieniędzmi, lecz czymś znacznie cenniejszym – krwią.
Polska ma prawo wyciągać wnioski z cudzych doświadczeń. Nie po to przez dziesięciolecia budowaliśmy względnie bezpieczne i spójne społeczeństwo, aby bezrefleksyjnie powtarzać błędy popełnione gdzie indziej. Nie oznacza to zamykania granic ani odrzucania każdego cudzoziemca, co byłoby oczywiście sprzeczne z wielowiekową tradycją Rzeczpospolitej. Oznacza jedynie uznanie, że państwo ma prawo decydować, kogo przyjmuje, w jakiej liczbie i na jakich warunkach. Jest to pogląd tak oczywisty, że jeszcze kilkanaście lat temu nie wymagał specjalnej obrony. Dziś jednak coraz częściej przedstawia się go jako przejaw politycznej niepoprawności.
Dlatego najważniejsze pytanie nie brzmi, co wydarzy się dzisiaj czy jutro. Najważniejsze pytanie brzmi, co wydarzy się za rok, gdy skończy się okres zwolnienia. Chińskie przysłowie mówi, że „najlepszy czas na posadzenie drzewa był dwadzieścia lat temu, drugi najlepszy jest dzisiaj”. Rozsądna polityka polega właśnie na przewidywaniu skutków decyzji, zanim staną się one problemem.
Za rok okaże się, czy obecne zapewnienia były trwałą gwarancją, czy jedynie politycznym odroczeniem problemu do czasu, gdy wyborcy zajmą się czymś innym.




