Wujek z Warszawy chowa portfel. Brutalne przebudzenie z konkursu bezwarunkowej hojności

Date:

Niezwykle oszczędnie chwalimy rząd Tuska, ale jeżeli jest za co, to nie mamy wyjścia. Otóż Cezary Tomczyk, wiceminister obrony narodowej oświadczył, że Polska wstrzymała przekazanie Ukrainie myśliwców MiG-29. Powodem jest niewywiązanie się Kijowa z wcześniej zawartej umowy. Pod konie grudnia 2025 roku między Polską a Ukrainą toczyły się rozmowy dotyczące przekazania myśliwców MiG-29. W zamian Ukraina miała przekazać Polsce technologie dronowe i rakietowe. Wasyl Zwarycz, ówczesny ambasador Ukrainy w Polsce przekonywał, że jest to wymiana, dzięki której Polska mogłaby otrzymać od Ukrainy „know-how w zakresie wykorzystania dronów na polu walki”. „Trwa dialog między Polską a Ukrainą. Polacy powiedzieli jasno: w związku z tym, że budujemy swoje zdolności dronowe, chcielibyśmy móc też z tych zdolności ukraińskich korzystać. Oczywiście przekażemy sprzęt Ukrainie, jeżeli ta sprawa zostanie dopięta. Nic się w tej sprawie nie zmieniło, sprawa nie została dopięta” – dodał. Cezary, jak ty mnie zaimponowałeś! Nareszcie ktoś na ukraińskiej: dej, dej, dej, asertywnie odpowiedział: a ty też mi dej. Musiało to wzbudzić niemałe zdziwienie w Kijowie, gdzie do tej pory panowało przekonanie, że Warszawa zawsze będzie zachowywała się pies obwąchujący drugiego psa. Wiadomo, gdzie…

Przez ostatnie lata polska polityka wobec Ukrainy przypominała bowiem konkurs hojności organizowany przez milionera cierpiącego na poczucie winy. Gdy Kijów mówił: „potrzebujemy czołgów”, odpowiadaliśmy: „ile wagonów?”. Gdy potrzebował amunicji, pytaliśmy jedynie, czy pakować na palety i dopinać do wagonów. Gdy zaś oczekiwał wsparcia dyplomatycznego, polscy politycy ścigali się między sobą, kto szybciej dobiegnie do mikrofonu i krzyknie „Sława Ukrainie”.

Nie było w tym nic złego. Rosja napadła na Ukrainę, a Polska miała i ma interes w tym, by agresor nie wygrał tej wojny. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy pomoc przestaje być elementem polityki państwa, a zaczyna przypominać religię. W religii nie zadaje się pytań, a jeżeli już – dotyczą życia po. W polityce powinno się zadawać je codziennie. Dlatego słowa wiceministra Tomczyka zabrzmiały niczym herezja. Jak to? Polska czegoś oczekuje w zamian? Polska stawia warunki? Polska uznaje, że umowa obowiązuje obie strony? Cóż za egzotyczne zwyczaje! Jeszcze chwila i ktoś w MON odkryje, że negocjacje nie polegają na jednostronnym rozdawnictwie, tylko na wymianie korzyści.

Najzabawniejsze jest to, że w normalnym świecie taka postawa nie byłaby nawet tematem do felietonu. Wyobraźmy sobie rozmowę Amerykanów z jakimkolwiek partnerem. „Nie dostarczyliście tego, co obiecaliście? W takim razie wstrzymujemy realizację naszej części umowy”. Koniec komunikatu. Bez konferencji prasowych, bez oburzenia ekspertów, bez artykułów o kryzysie relacji strategicznych. Po prostu biznes państwowy.

Tymczasem w kraju nad Wisłą zdążyliśmy się przyzwyczaić do modelu, w którym Polska ma być zawsze starszym bratem, sponsorem i psychoterapeutą jednocześnie. Ma dawać sprzęt, pieniądze, wsparcie polityczne, a w zamian otrzymywać moralną satysfakcję. To trochę tak, jakby ktoś regularnie pożyczał sąsiadowi samochód, a potem był oskarżany o brak solidarności, gdy zapyta, czy może odzyskać kluczyki.

Nie wiem, czy technologia dronowa oferowana przez Ukrainę była rzeczywiście tak cenna, jak jest opisywana. Być może tak, być może nie. Faktem jest jednak, że Ukraińcy zdobyli podczas wojny doświadczenie, którego nie da się kupić za żadne pieniądze. Każda armia świata analizuje dziś ich rozwiązania. Jeśli więc Polska uznała, że przekazanie samolotów powinno być elementem szerszej wymiany kompetencji, trudno znaleźć w tym choćby gram nielojalności.

Wręcz przeciwnie. Wreszcie pojawił się przebłysk myślenia kategoriami interesu narodowego. Tego samego interesu, którym od dekad kierują się Niemcy, Francuzi, Turcy, Amerykanie i Chińczycy. Oni wszyscy pomagają innym wtedy, gdy uznają, że leży to również w ich interesie. Tylko my przez pewien czas próbowaliśmy udowodnić światu, że jesteśmy jedynym państwem działającym wyłącznie z pobudek altruistycznych.

A przecież polityka międzynarodowa nie jest konkursem na najbardziej bezinteresownego świętego. To raczej targowisko. Czasem eleganckie, czasem brutalne, ale zawsze targowisko. Każdy coś sprzedaje, każdy coś kupuje, każdy próbuje ugrać dla siebie jak najwięcej. Dlatego z nieukrywanym wzruszeniem obserwuję moment, w którym wiceminister MON odkrywa tę starą jak świat zasadę. Jeśli umówiliśmy się na wymianę, to wymiana oznacza, że obie strony coś dostarczają. Jeśli jedna strona nie dostarcza, druga ma pełne prawo powiedzieć: stop, ty też dej.

Może to drobiazg. Może pojedynczy epizod. Ale nawet najdłuższa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. A pierwszym krokiem do prowadzenia poważnej polityki jest umiejętność wypowiedzenia najtrudniejszego słowa w relacjach międzynarodowych. Nie jest nim wcale słowo „solidarność”.

Jest nim „SPRAWDZAM”.

Henryk Piec
Henryk Piec
h.piec@merkuriusz24.pl

Wesprzyj portal Merkuriusz24.pl

Jeśli spodobał Ci się ten tekst i chcesz nas wesprzeć, możesz wpłacić symboliczną kwotę na rozwój całego naszego portalu. Każda pomoc pozwala nam tworzyć więcej wartościowych treści i wspiera pracę całej redakcji. Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Subskrybuj

spot_imgspot_img

Popularne

Więcej w temacie
Powiązane tematy

Uśmiechem rachunku nie zapłacisz. Państwo znowu skubie cierpliwą gęś

Polityka realizmu magicznego zderza się z brutalną rzeczywistością. Gdy propaganda sukcesu nie mieści się w portfelu, klasa średnia wyciąga kalkulator i zaczyna liczyć, ile naprawdę traci.

Wybory czy następne pokolenie? Kulisy unijnego paktu.

Unijny Pakt o Migracji wchodzi w życie. Polska dostała rok zwolnienia z solidarności. Czy to sukces rządu, czy tylko wyborcza zasłona dymna, po której zapłacimy za cudze błędy migracyjne? Sprawdzamy.

Państwo waleczne, pizza niebezpieczna. Jak gdański fiskus uratował budżet przed krewetkowym terroryzmem

Gdy państwo urządza polowanie na pizzę z krewetkami, a prokuratura ściga dziennikarza za ostre słowa, czas zapytać o granice absurdu. Czy urzędnicza machina potrafi być silna już tylko wobec słabych?

Czekając na ostatniego świadka. Jak wygrać wojnę o pamięć metodą na przeczekanie.

Niemieckie odszkodowania od ośmiu dekad leżą na stole. Gdy Warszawa przypomina o rachunku, Berlin zaczyna grać na zwłokę. Czy współczesna dyplomacja polega wyłącznie na czekaniu na ostatniego świadka?