Tytuł trochę prowokacyjny. Wiem. Pytanie czy stwierdzenie? No właśnie… i tu zaczyna się cała historia, która dzieje się w Krakowie. No właśnie, sami oceńcie, ale fakty są takie, że tam się dzieje „trzęsienie ziemi”, a w Warszawie u góry to już pewnie szukają pampersów, bo grunt pod nogami zaczyna im pływać.
Szefa Małopolskich struktur KO, niejakiego Miszalskiego (tego, co to go parę dni temu znowu wybrali na „wodza”), a na co dzień Prezydenta Krakowa. No i chłop ma problem. Wielki. Gigantyczny. Myślał pewnie, że jak wygrał wybory, to teraz przez pięć lat będzie sobie spokojnie układał klocki, rozdawał stołki „swoim” i budował te ich „uśmiechnięte” strefy. A tu nagle…
Zwykli ludzie. Nie żadne tam „centralne biura”, nie „tajne specsłużby”, tylko mechanik, restaurator, krawiec, tacy normalni, żadni partyjni! Zebrali pod wnioskiem o referendum… uwaga… 134 000 podpisów! Czy Wy to czujecie? Do referendum potrzeba było niecałe 60 tysięcy. Oni przynieśli ponad dwa razy tyle! A teraz najciekawsze – to jest więcej głosów, niż Miszalski dostał w samych wyborach (tam miał 133 tysiące). To jest symbol, to jest nokaut! Ludzie po prostu powiedzieli: „Pakuj manatki, kolego”.
I teraz najlepsze. Bo gdy w Warszawie zapytano o sprawę premiera Donalda Tuska, to usłyszeliśmy dobrze znaną śpiewkę. Że to niby „rozróba polityczna”, że pewnie PiS albo Konfederacja za tym stoją. Klasyka gatunku. Zamiast wyjść, pogadać, uderzyć się w pierś, to on znowu tę samą zdartą płytę.
No błagam…
Panie Premierze, serio? Pan naprawdę wierzy w te bzdury, które Pan opowiada?
Wiecie kto stoi za tym referendum? Mechanik. Restaurator. Przedsiębiorcy. Zwykli mieszkańcy, którzy mają dość tego, co widzą na co dzień. Dość pustych obietnic. Dość kolesiostwa. Dość nepotyzmu. Dość tego, że stanowiska wędrują z klucza partyjnego, a nie dlatego, że ktoś coś potrafi.
I wiecie co jest w tym wszystkim najciekawsze?
To nie jest tylko sprawa Krakowa. To jest barometr nastrojów w Polsce.
Bo kiedy zwykli ludzie, a nie politycy, zbierają 134 tysiące podpisów dużo przed terminem, to znaczy jedno: coś się w społeczeństwie zaczyna zmieniać. Ludzie przestają się bać. Przestają machać ręką. Przestają mówić „a co ja mogę”. Mają dość „kukiełek” i „miernot”, które nie potrafią podjąć najprostszej decyzji bez telefonu do centrali w Warszawie. Są uwiązani na krótkim sznurku, a jak tylko naród piśnie, to od razu słyszy, że jest „zakutym łbem”.
Biorą sprawy w swoje ręce.
I nagle przychodzi moment, gdy mieszkańcy mówią: dość.
Powiem Wam szczerze, trzymam kciuki za jedną rzecz. Za to, żeby ludzie nie bali się korzystać z demokracji. Bo demokracja to nie jest kartka wrzucona raz na cztery lata do urny.
To jest też odwaga, żeby powiedzieć władzy: sprawdzam.
A teraz pytanie do Was.
Czy to, co dzieje się w Krakowie, to tylko lokalna historia… czy może pierwszy sygnał, że w Polsce zwykli ludzie zaczynają mówić politykom: panowie, wystarczy?
* tytuły pochodzą od redakcji M24






