Prezydent Karol Nawrocki zawetował ustawę o Krajowej Radzie Sądownictwa i przedstawił własny projekt dot. uporządkowania sytuacji w sądownictwie. Szczerze powiedziawszy wszyscy się tego spodziewali, ale nie to jest tutaj najciekawsze. Otóż najciekawsze jest to, że przedstawiciele krypto dyktatury zauważyli, że w pracach nad projektem prezydenckim brał udział Bartosz Lewandowski, żeby nie było mecenas – znaczy się z wykształcenia prawnik.
Ustaliliśmy więc, że prezydentowi w zakresie tworzenia przepisów prawnych doradzał… prawnik, a nie (z cały należnym szacunkiem): hydraulik, kapitan żeglugi wielkiej czy też inny pastor. Osobiście podpowiedziałbym panu prezydentowi astrologa, influencera od konstytucyjnych pasjansów lub człowieka, który perfekcyjnie opanował sztukę liczenia do 10, a nie mecenasa po studiach prawniczych! Z jakiś tylko sobie znanych powodów prezydent Nawrocki wybrał prawnika. Ale czy musiał wybrać sobie aż tak „złego prawnika”, który na miarę swoich kompetencji doradzić dobrze nie mógł (i nie potrafił) – wiec doradził źle?
Przyjrzyjmy się mec. Lewandowskiemu. Czyim obrońcą jest (jeżeli kogoś pominę, to serdecznie przepraszam)? Na liście jego klientów widnieją takie persony jak: Zbigniew Ziobro, Marcin Romanowski (obaj na emigracji), Mariusz Kamiński, Maciej Wąsik (wygarnięci z Pałacu Prezydenckiego), Robert Bąkiewicz. Mamy więc oto listę osób, na które obecna kryptodyktatura szczerzy sobie kły, a mec. Lewandowski wykonując swoje zawodowe obowiązki wbija dotkliwe szpile w miejsce spoczynku „demokracji walczącej”. A każda „demokracja walcząca” woli spoczywać na puchowej poduszce niż na desce fakira. A tu ten mec. Lewandowski…
W kręgach, które same siebie widzą jako ostatni bastion demokracji, zawrzało. Skandal! Gdyby jeszcze był to hydraulik – można by mówić o świeżym spojrzeniu na przeciekające paragrafy. Gdyby kapitan żeglugi wielkiej – o próbie wyprowadzenia sądów na szerokie wody. Ale prawnik? W Polsce roku 2026 specjalista w swojej dziedzinie jest podejrzany z definicji, o ile nie podpisuje się pod jedynie słuszną linią partii. Projekt prezydencki jest wadliwy z definicji, nie dlatego, że powstał przy udziale prawnika, lecz dlatego, że nakreślił „złą koncepcję państwa” – gdzie prawo nie traktuje się jak narzędzie walki i własność korporacji, a jako dobro wspólne – bonum commune civitatis jakim jest Rzeczpospolita.
W całej tej awanturze najbardziej uderza jednak hipokryzja. Ci sami, którzy latami wołali o „odpolitycznienie sądów”, dziś z oburzeniem wytykają, że projekt powstał w środowisku ideowo określonym. Jakby prawnicy rodzili się w próżni, bez poglądów, bez przekonań, bez sympatii. Państwo nie jest laboratorium chemicznym, w którym da się odseparować czysty pierwiastek prawa od wszelkiej domieszki polityki. Jest raczej polem bitwy o interpretację – i toczy się ona nie tylko w salach sądowych, lecz także w gabinetach doradców.
Można więc krytykować prezydenta. Można punktować błędy projektu. Ale robienie afery z tego, że prawnik doradzał w sprawie prawa, przypomina zarzut, że chirurg operował pacjenta skalpelem. Jeśli skalpel był tępy – pokażmy to. Jeśli ręka zadrżała – nazwijmy to po imieniu. Lecz darujmy sobie oburzenie na sam fakt, że ktoś wreszcie zapytał fachowca. W przeciwnym razie pozostanie nam już tylko rada starszych złożona z hydraulika, kapitana i pastora – a prawo będziemy pisać na fali i w ideowym uniesieniu.
Tak naprawdę dziwne byłoby, gdyby prezydentowi Nawrockiemu doradzali mecenasi: Rosati, Giertych, Dubois. No, ale oni woleliby sobie rękę odgryźć… W polityce ręce odgryza się rzadko. Częściej podaje się je tylko tym, z którymi zamierza się iść w jednym kierunku. Reszta to teatrum, w którym role są dawno obsadzone. Można się spierać o jakość porad, można punktować błędy, lecz udawanie, że istnieje bezstronna próżnia, w której prawnicy unoszą się ponad historią własnych wystąpień, to już retoryka dla naiwnych. Żeby nie użyć ostrzejszego określenia…






